Żarcie z paczki #1 | Pizza farmerska na cieście z proszku | Miltinis mišinys picai - Kauno Grūdai

Żarcie z paczki #1 | Pizza farmerska na cieście z proszku | Miltinis mišinys picai - Kauno Grūdai

Wiem, że na długo Was opuściłem. Wychodzę jednak z założenia, że lepiej nie odzywać się wcale niż na siłę. Wenę jakąś tam miałem, ale tematu mi brakowało. Kiedyś Kamila chwaliła się, że potrafię wyszukiwać ciekawostki w sklepach, a dziś przychodzę z postem potwierdzającym jej słowa. To co tu przeczytacie, nie do końca będzie przepisem, nazwałbym to raczej recenzją lub po prostu spostrzeżeniami na temat produktu. Ewentualnie też ciekawostką ze wschodniej granicy.
Miltinis mišinys picai to po prostu mieszanka mączna służąca do wyrobienia spodu pod pizze. Kauno Grūdai to młyn znajdujący się w Kownie. Wydaje mi się, że mieszanka została kupiona w Norfie, czyli bardzo popularnym tam markecie. Za 470 g opakowanie, które wystarczyło na zrobienie 3 dorodnych krążków zapłaciliśmy 0,89€. Daje to jakieś 3,8 zł.

Samo przygotowanie ciasta było banalnie proste i nie piszę tego dlatego, że robiła to Kamila, a ja tylko obserwowałem. Do proszku wystarczyło dolać olej i ciepłą wodę. Później mieszanie i leżakowanie. Ciasto musiało odleżeć jakieś 30 minut i wcale nie powiększyło swojej objętości. Tutaj standardowo każdy dodaje swoje ulubione dodatki i zapieka. My tym razem postawiliśmy na pizze farmerską, więc na wierzch wrzuciliśmy zamarynowany boczek, cebulkę ze szczypiorkiem oraz kilka rodzai dojrzewającego koziego serka, który trochę się chwaląc robi Camill. I wychodzi on jej naprawdę ekstra.
Przed upieczeniem nasza pizza prezentowała się tak, jak widać zresztą całkiem zacnie. Samo formowanie krążków i nadawanie kształtu było prostsze niż formowanie ciasta typowo drożdżowego. Konsystencja przypominała konsystencję ciasta na kopytka. Wystarczył wałek i odrobina estetyki by krążki były okrągłe. W teorii nasza pizza powinna być pieczona przez 20 minut w 200-220 stopniach. Myślę jednak, że jest to zbyt długi czas. Pierwsze podejście w tych parametrach skutkowało wyciągnięciem z piekarnika dobrze wypieczonego ciasta; takiego prawie chrupkiego. Druga porcja piekła się jakieś 12-15 minut i te ciasto było o wiele smaczniejsze. Delikatne, sprężyste, ładnie trzymało dodatki i nie uginało się od ich nadmiaru.
Te ciemne plamy na pizzy to nie spalony boczek, a mielone grzyby leśne :P Samo ciasto było całkiem dobre, a do tego tanie. Jedno opakowanie to obiad dla dwóch osób. Pomysł mogę ocenić na dobre 8/10. Na pewno produkt sprawdzi się u osób, które lubią takie udogodnienia oraz u osób, które do pizzerii mają kawałek drogi. W naszym przypadku upieczenie takiego dania zajmuje dużo mniej czasu niż oczekiwanie na przywóz. O ile na ten ktoś się zdecyduje "bo nie mają akurat ruchu". Tak, to są uroki życia na wsi. Czy kupimy ponownie? Najprawdopodobniej tak. Trzymanie takiego opakowania w domu nie stwarza najmniejszych problemów, a w każdej chwili można je wyjąć. Poza tym smak i skład były na tyle przyjemne, że nawet osoby nie korzystające zbyt często z gotowych półproduktów nie mają się do czego przyczepić.
IziGSM | Selfie stick; monopod; kijek do selfie; wysięgnik do robienia zdjęć

IziGSM | Selfie stick; monopod; kijek do selfie; wysięgnik do robienia zdjęć

Pół roku, dokładnie tyle zajęło mi napisanie tej recenzji. Myślę, że jest to odpowiedni długi okres czasu aby mieć pewność co do niezawodności działania produktu. Kijek do selfie zna chyba każdy, co prawda nie każdy lubi robić takie zdjęcia i choć sama nie robię ich zbyt wielu, to jednak znalazłam zastosowanie dla tego kijaszka. I tak, macie rację, wykorzystuję wysięgnik żeby robić zdjęcia naszej Zagrodzie! Wiem, że uwielbiacie te zdjęcia, więc postaram się ich tu upchać jak najwięcej.
Dodatkowo taka szybka informacja parafialna; nasza Zagroda Pod Kozim Rogiem posiada swoją stronę na FB oraz konto na IG. Pochwalę się też troszkę, a co! W końcu udało mi się oficjalnie założyć działalność, więc jesteśmy legalnie działającym gospodarstwem. Hip hip, hura!
Kijek wykonany jest poprawnie z całkiem dobrej jakości plastiku. W miejscu gdzie mocujemy nasz telefon uchwyt został dodatkowo wyposażony w silikonową wkładkę, aby nie podrapać naszego smartphona. Telefon po zamocowaniu trzyma się stabilnie i choć początkowo obawiałam się upadku to tak po kilku użyciach stwierdziłam, że moje obawy były bezpodstawne. Na rączkę naszego statywu naciągnięta jest gumowa nakładka co pozwala nam przyjemnie i bez obaw przed wyślizgnięciem się trzymać nasz sprzęt.
W teorii mój wysięgnik miał być kompatybilny z telefonami o szerokości od 5,5 cm do 8,5 cm. Nie do końca jednak tak jest, bowiem przy próbie montażu mojego telefonu (Lenovo Moto G4) okazało się, że górny uchwyt trafia idealnie w przycisk on/off i/lub w przyciski głośności. Udało mi się go trochę przesunąć na bok, tak by nie dociskać przycisków. Początkowo takie ułożenie wydawało mi się bardzo niestabilne, ale na szczęście to tylko moje wrażenia. Wysięgnik pomimo tego, że telefon ciąży na jedną stronę trzyma go poprawnie i prosto. Zdjęcia wychodzą równe o ile sami nie przekrzywimy telefonu. Oczywiście to jak zamocujemy i jak będzie leżał nasz telefon zależy przede wszystkim od posiadanego przez nas modelu. Natomiast to jak będą wychodzić nasze zdjęcia zależą też od tego jak ustawimy ruchomą głowicę.
Długość wysięgnika mieści się w granicach 18-72 cm. Jest to naprawdę sporo i po rozłożeniu naszego ramienia możemy robić zdjęcia z naprawdę dużą panoramą. Coś fajnego dla osób z wielkim gronem przyjaciół lub tych kochających ładne widoki w tle. W rączce naszego kijka zamontowany został przycisk, który wywołuje migawkę aparatu. Ułatwia to oczywiście robienie zdjęć w momencie całkowitego wysunięcia statywu. Aby przycisk działał poprawnie musimy podpiąć nasz telefon za pomocą kabelka jack 3,5 mm do wyjścia słuchawkowego. Ta opcja kompatybilna jest z telefonami z systemem Android 4.2.2 i nowszym oraz iOS 5.0.1 i nowszym. Zanim ktoś pomyśli, że ten nieszczęsny kabelek pląta się nam gdzieś w okół statywu to już dodaję, że producent to przewidział i sprytnie schował go w środku selfie sticka.

Posiadany przeze mnie monopod jest w kolorze czarnym z dodatkiem soczystej zieleni. Zielony jest przycisk wywołujący migawkę oraz dolna zaślepka wysięgnika do której dodatkowo możemy założyć smycz. Widzę, że na stronie sklepu napisano iż ta dolna zaślepka wykonana jest z aluminium. Ale niestety nie jest to prawdą; zaślepka jest po prostu plastikowa.

Nie do końca smuci mnie ta mała rozbieżność, ponieważ kijek był na tyle tani, że nie oczekiwałabym w nim "nadprogramowych" metalowych części. Jednak to, że był tani nie oznacza jednocześnie, że jest słaby. Co to, to nie. Wysięgnik spełnia swoje zadanie, był ze mną kilka razy za granicą i kilkanaście razy na spacerze ze zwierzątkami. Spełnia on wszystkie moje oczekiwania i obietnice producenta. Do tego prezentuje się całkiem dobrze, a złożony zajmuje bardzo mało miejsca w bagażu.
Selfie stick pochodzi ze sklepu IziGSM, a dokładniej z tej aukcji: https://www.izigsm.pl/sklep-produkt-statyw-wysiegnik-selfie-id12312982.html Jego zawrotna cena to 29 zł. Według mnie jest on wart swojej ceny i śmiało mogę polecić jego zakup. Kontakt ze sklepem jest expresowy, a konsultanci odpowiadają bardzo szybko na zadane pytania.

A Wy, lubicie robić selfie? ;)
Nivea soft mix me | Uniwersalne kremy do twarzy, ciała i dłoni | #zmixujswójzapach

Nivea soft mix me | Uniwersalne kremy do twarzy, ciała i dłoni | #zmixujswójzapach

Jeszcze w ubiegłym miesiącu dotarła do mnie zakręcona przesyłka z klubu Przyjaciółek Nivea. Dlaczego zakręcona? Ponieważ otrzymałam przepięknie zapakowane kremy w obrotowym pudełku- którym możemy mixować do woli! Mottem przewodnim paczuszki jak i całej serii kremów jest hashtag #zMIXujSwójZapach i przyznać muszę, że trafiono w dziesiątkę.

Nivea Soft Mix Me I am the Chilled Oasis

Zabijcie mnie, ale nie mam zielonego pojęcia czym ten krem pachnie. Z tyłu głowy mam tylko myśl, że ja ten zapach skądś już znam i wydaje mi się, że kojarzę go z kosmetyków Oriflame. Nie jestem tego pewna i nie jestem też w stanie tego potwierdzić, bo nie pamiętam nawet z jakiego kosmetyku, więc odpuszczam. Według producenta jest to orzeźwiający zapach z zielonymi nutami. Patrzę tak na listę składników i dostrzegam olej z pestek jojoba, alkohol posiadający zapach konwalii, zapach róży, zapach geranium oraz zapach "skórki cytryny". Widzę teź tu Geraniol, który kojarzy nam się w zasadzie z zapachem świeżości.
Aqua, Glycerin, Paraffinum Liquidum, Myristyl Alcohol, Butylene Glycol, Alcohol Denat., Stearic Acid, Myristyl Myristate, Cera Microcristallina, Glyceryl Stearate, Hydrogenated Coco-Glycerides, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Lanolin Alcohol (Eucerit®), Polyglyceryl-2 Caprate, Dimethicone, Sodium Hydroxide, Carbomer, Phenoxyethanol, Linalool, Geraniol, Limonene, Citronellol, Benzyl Alcohol, Benzyl Salicylate, Parfum
Czy zapach jest ładny? Według mnie jest mdlący. Sam w sobie zastosowany na skórę bez dodatku jego braci to nie jest coś  co chętnie bym używała. W połączeniu z Berry Charming lub Happy Exotic nabiera wyrazu, którego mu brakuje. Jednym słowem; stał się u mnie idealną bazą pod pozostałe kremy delikatnie zmniejszając ich intensywność.

Nivea Soft Mix Me I am the Happy Exotic

Jak już tak porównuję zapachy to ten przypomina mi o zawieszkach do samochodu, wiecie tych co niby odświeżają wnętrze pojazdu, a tak naprawdę czuć je dwa dni, pomijając już to, że wiszą rok. Zapach sam w sobie jest bardzo intensywny i duszący. Jeśli połączymy go z Chilled Oasis to nabiera subtelności, przestaje być oczywisty. Myślę, że jest to wersja kremu, która właśnie teraz latem będzie przyjemnie pobudzać nasze zmysły.
Aqua, Glycerin, Paraffinum Liquidum, Myristyl Alcohol, Butylene Glycol, Alcohol Denat., Stearic Acid, Myristyl Myristate, Cera Microcristallina, Glyceryl Stearate, Hydrogenated Coco-Glycerides, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Lanolin Alcohol (Eucerit®), Polyglyceryl-2 Caprate, Dimethicone, Sodium Hydroxide, Carbomer, Phenoxyethanol, Limonene, Coumarin, Citronellol, Parfum
Ponownie zaglądam w skład, aby tak naprawdę dowiedzieć się czym pachnie ten krem nawilżający i ponownie widzę olej z pestek jojoba, składnik odpowiedni za zapach cytryn, zapach róży i geranium. Nowością jest składnik odpowiadający za... zapach siana. Wącham, wącham i siana nie czuję, a myślę, że porównanie jakieś tam mam.

Nivea Soft Mix Me I am the Berry Charming

Ostatecznie jest to ten wariant, który według mnie nie potrzebuje mixowania. Nie mniej jednak nie omieszkałam pominąć tego kroku i stwierdzam, że połączenie wszystkich trzech kremów daje najlepszy efekt. Tak pół żartem, pół serio to powiem Wam, że przy pierwszym powąchaniu tego kremu stwierdziłam, że wącham zaczyn na bimberek, wiecie to taki specyficzny zapach sfermentowanych owoców; czy co nie wiedzą o czym piszę lepiej niech nie pytają ;)
Aqua, Glycerin, Paraffinum Liquidum, Myristyl Alcohol, Butylene Glycol, Alcohol Denat., Stearic Acid, Myristyl Myristate, Cera Microcristallina, Glyceryl Stearate, Hydrogenated Coco-Glycerides, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Lanolin Alcohol (Eucerit®), Polyglyceryl-2 Caprate, Dimethicone, Sodium Hydroxide, Carbomer, Phenoxyethanol, Benzyl Alcohol, Benzyl Salicylate, Linalool, Geraniol, Alpha-Isomethyl Ionone, Citronellol, Limonene, Parfum
I tutaj właśnie zgłupiałam. Byłam przekonana, że w składzie znajdę coś co choć przypominać będzie maliny, truskawki, żurawinę czy inne czerwone owoce. Najbardziej podobna okazała się substancja odpowiadająca za zapach kojarzony z pelargonią.  Kombinowałam, kombinowałam i doszukałam się substancji eterycznej pozyskiwanej z goździków i na tym poprzestałam licząc, że to mój zaczyn.

Nivea Soft Mix Me

O wszystkich przetestowanych przeze mnie kremach nawilżających powiedzieć mogę, że pachną intensywnie. Ich zapachy są bardzo zróżnicowane co pozwala nam wybrać swoją ulubioną wersję. Zabawa jaką zaoferowała nam marka Nivea w miksowanie jest fantastyczna, pozwala ona nam dostosować do naszych potrzeb zapach. Wiadomo, że niemożliwym było wypuszczenie na rynek kilkunastu wariantów zapachowych różniących się nieznacznie intensywnością zapachu. Nivea wypuściła w zasadzie 4 kremy Nivea Soft, co w zupełności wystarcza byśmy sami mogli zabawić się w małych odkrywców. Właśnie wspomniałam o czterech wariantach, a opisałam Wam tylko trzy. Jeden wariant to po prostu krem intensywnie nawilżający Nivea Soft. Osobiście go nie testowałam, ale prześledziłam informację od innych Przyjaciółek Nivea, i dowiedziałam się, że jest on praktycznie bezzapachowy i idealnie sprawdza się jako baza do łączenia zapachów; jednak nie jest on niezbędny.

Wszystkie kremy przyjemnie rozprowadzało się na skórze, według mnie mają idealną konsystencję. Idealną ponieważ krem położony na skórę samoczynnie z niej nie spływa, ale też nie jest "twardy- suchy" i nie stwarza problemów w czasie aplikacji. Kremy Nivea Soft Mix Me są uniwersalne, oznacza to tyle, że stosować możemy je na całe ciało łącznie z twarzą. 

Choć mają to być kremy intensywnie nawilżające to ja po prostu dałabym im miano nawilżających. Robią to całkiem poprawnie choć wydaje mi się, że mogłyby lepiej. W szczególności dlatego, że są to produkty sygnowane na lato, kiedy to nasza skóra wymaga odpowiedniego i intensywnego nawilżenia. Nie mniej jednak efekt jest zadowalający. Kremy pozostawiają na skórze ledwo wyczuwalną warstwę, więc zrezygnowałam z aplikowania ich na dłonie. Składniki zawarte w produktach na prawdę działają orzeźwiająco i odświeżająco.

Za zestaw 3 kremów uniwersalnych Nivea Soft Mix Me o pojemności 50 ml każdy zapłacić musimy około 17 złotych. Oczywiście możemy wybrać dla siebie jeden wariant i odpuścić sobie zabawę w miksowanie. Kremy dostępne bez zestawu pakowane są w 100 ml pojemniczki przy czym cena detaliczna za jeden to jakieś 13 zł. Myślę, że kremy te warte są swojej ceny i warto dać im szanse właśnie z uwagi na ich niepowtarzalne zapachy.

Biotherm Blue Therapy | Red Algae Uplift Cream - Regenerujący krem przeciwzmarszczkowy

Biotherm Blue Therapy | Red Algae Uplift Cream - Regenerujący krem przeciwzmarszczkowy

O ile pamięć mnie nie myli to jeszcze nigdy nie miałam w swoich rękach produktu od Biotherm. Tak naprawdę nie wiedziałam czego oczekiwać od kremu, którego producent obiecuje praktycznie gwiazdkę z nieba. Pomyślałam więc, że na spokojnie podejdę do tematu i opinią podzielę się z Wami po zdenkowaniu 20 ml produktu. I oto jestem ;)

Krem nie na każdą kieszeń

Myślę, że powinnam zacząć od początku, więc zacznę od ceny. Za krem o pojemności 50 ml zapłacić musimy bagatela 240 zł. Co tu dużo mówić, krem jest cholernie drogi i choć mówi się, że za jakość trzeba płacić to uważam tą cenę za przesadę. Zanim ktoś naskoczy na mnie, że krem jest warty swojej ceny i nie powinnam narzekać. To spieszę z wyjaśnieniami; recenzja ta jest tylko moją subiektywną oceną z którą nie trzeba się zgadzać. Jeśli kogoś "stać" lub po prostu ma chęć ten krem przetestować na własnej skórze to droga wolna. Pamiętajcie: nic na siłę.

Aż chciałoby się go zjeść

Krem Blue Therapy z ekstraktem z czerwonej algi oraz planktonu termalnego pachnie po prostu cudownie, aż chciałoby się go zjeść. I choć zapewne nie powinnam wiedzieć, że ma słodkawy posmak, to jednak to wiem. Krem ma śliczną bladoróżową barwę w świetle natomiast można dostrzec rozświetlające drobinki. Jednak nie mamy co się obawiać efektu brokatowej twarzy, nic z tych rzeczy. Po aplikacji drobinki są ledwo zauważalne na skórze.

Blue Therapy jest bardzo wydajny. W moje ręce wpadło 20 ml produktu, a to wystarczyło na prawie 2 miesiące codziennego stosowania. Oczywiście krem stosowałam jak zalecał producent, więc rano i wieczorem. Konsystencja kremu jest bardzo przyjemna, jest ona delikatna, nie zbyt tłusta; jednym słowem nie za gęsta i nie nazbyt rzadka. Krem szybko i bardzo dobrze wchłania się w skórę pozostawiając ją nawilżoną, wygładzoną oraz odżywioną. Ten efekt czuć od pierwszego zastosowania. Jednak najważniejszym aspektem tego kremu jest działanie przeciwzmarszczkowe i choć sama nie posiadam zmarszczek (jeszcze) zbyt wiele, to po regularnym stosowaniu preparatu odniosłam wrażenie, że te posiadane są mniej widoczne.

Mega! nawilżanie

Zdecydowanie największym plusem Blue Therapy jest nawilżanie. Ten krem robi to świetnie, skóra już po pierwszej aplikacji stała się sprężysta. Po kilku dniach z mojej skóry twarzy zniknęła całkowicie sucha skóra. A uwierzcie, że dałam jej ostro popalić w ostatnich tygodniach. W największym słońcu przez ponad tydzień stawialiśmy ogrodzenie dla naszych zwierzątek. Pierwszego dnia zapomniało nam się o jakimkolwiek kremie przeciwsłonecznym, więc "zmiana skóry" przebiegała bardzo drastycznie. Myślałam, że będę męczyć się z problemem wysuszonej skóry do końca wakacji, a tu proszę, jest ich początek, a ja i moja twarz czujemy się świetnie.

Podsumowując


Biotherm według mnie spełnił wszystkie swoje obietnice, które brzmiały tak:
Red Algae Uplift Cream od Biotherm to widocznie ujędrniający krem przeciwzmarszczkowy opracowany z myślą o skórze, która potrzebuje dodatkowej porcji składników odżywczych. Jego formuła zawiera ekstrakty z Czerwonej Algi i Planktonu Termalnego, a otulająca konsystencja oferuje skórze przyjemne doznania i uczucie świeżości. Aksamitny, różowy krem sprawia, że skóra natychmiastowo zyskuje nawilżenie, a dzień po dniu staje się gładsza, bardziej miękka, wyraźnie ujędrniona i pełna blasku.
Nie mniej jednak, należy pamiętać o cenie jaką musimy za niego zapłacić. Nie zbyt orientuje się w rynku kremów przeciwzmarszczkowych (nadal liczę, że ten problem mnie nie dotyczy) ale wydaje mi się, że być może udałoby nam się odnaleźć coś równie dobrego w lepszej cenie. Oczywiście nie oznacza to, że odradzam Wam zakup. W żadnym razie! Uważam, że krem choć drogi to jest warty swojej ceny. Szkoda tylko, że nie można kupić mniejszych ilości jak na przykład 10 ml, które i tak wystarcza praktycznie na miesiąc!
Le Petit Marseillais | Rozświetlający rytuał | Dezodorant, olejek do mycia oraz mleczko nawilżające | #rozświetlającyrytuał #ambasadorkalpm

Le Petit Marseillais | Rozświetlający rytuał | Dezodorant, olejek do mycia oraz mleczko nawilżające | #rozświetlającyrytuał #ambasadorkalpm

Każda doba ma ponoć tyle samo godzin, jednak mi wydaje się, że ostatnio ktoś podkrada mi kilka godzin z każdego dnia. Nie wiem dlaczego tak się dzieję, ale tak jest, więc nie zawsze udaje mi się zrobić wszystko co sobie zaplanowałam. Niestety niektóre rzeczy musiałam poprzekładać na "potem", co nie było dobrą decyzją. Na później odłożyłam też napisanie tej recenzji i w ten sposób zdaje mi się, że zostałam ostatnią osobą, która to robi. Jest mi z tego powodu przykro, ale jest mi też przykro ponieważ nie mogę już "oficjalnie" oddać mojej opinii marce, ponieważ w profilu nie mam odpowiednich zakładek. Zakładki zniknęły zapewne pozbawiając mnie bezpowrotnie możliwości testowania kolejnych produktów LPM, szkoda. Nie mniej jednak uważam, że na napisanie recenzji i wyrobienie sobie zdania na temat produktu potrzeba więcej czasu. Oczywiście rozumiem te osoby które od razu rzuciły się w wir testowania i po tygodniu wiedziały wszystko, jednak ja tak nie potrafię. Lubię dokładne testowanie, oglądanie produktu z różnych stron, a także sprawdzanie jak ten zachowa się w różnych sytuacjach. Dlatego też dziś przychodzę do Was z mega- dokładną i bardzo spóźnioną recenzją najnowszej rozświetlającej linii produktów Le Petit Marseillais.

Dezodorant pielęgnujący delikatność | Olejek Morelowy & Olejek z Szałwii

Dziś wyjątkowo zacznę od najmniej przypadającego mi do gustu produktu. To nie jest tak, że nie lubię dezodorantów, ja po prostu uważam, że są po prostu słabe. Myślę, że lepiej walczyć z nieprzyjemnym zapachem niż go ukrywać. Jednak zastrzegam, że wypowiadam tylko moją subiektywną opinię, osoby która wykonuje w ciągu doby mnóstwo zadań, mój dzień jest intensywny, więc oczekuję, że po godzinie wykonywania obowiązków po prostu nie będę musiała się kąpać. Z uwagi właśnie na mój intensywny dzień zawsze wybieram antyperspirant, który ogranicza wydzielanie potu, zamiast maskować jego nieprzyjemny zapach. Dezodorant niby ma gwarantować świeżość przez 24 godziny, ale tak naprawdę po 4 godzinach już nawet nie pamiętamy, że go stosowaliśmy. Produkt być może spełni swoje zadanie u osób ze spokojniejszym trybem życia. 
Plusem tego produktu jest zapach, bardzo przyjemny, delikatny i kojący; nie bez powodu odniosłam wrażenie odprężenia, bowiem zapach szałwii stosowany w aromaterapii pozwala się odprężyć oraz pozbyć negatywnych emocji.
W składzie produktu nie odnajdziemy niebezpiecznych soli aluminium (soli glinu) z czego jestem bardzo zadowolona, niestety znajdziemy butan i propan, które to zastępują sole glinu. Ogólnie oba składniki działają drażniąco na skórę, ale czymś trzeba zastąpić sole, więc padło na nie. Między innymi przez składniki odpowiedzialne za wyrzut produktu z opakowania nie lubię dezodorantów. Szybciej freon, później sole glinu, teraz butan, a w przyszłości kolejny składnik nie obojętny dla naszego ciała zostają upchnięte w puszce aby ta dobrze działała. Myślę, że warto całkowicie zrezygnować ze sprayu na rzecz innych sposobów aplikacji. 

Pielęgnujący olejek do mycia | Olejek Morelowy & Olejek z płatkami róż

Ten produkt skradł moje serce już po pierwszej aplikacji. Olejek do mycia ma przecudny, intensywny i pobudzający zapach; najintensywniej czuć olejek morelowy. Produkt bardzo łatwo pieni się na skórze i szybko zmywa. Skóra po myciu jest delikatna, odżywiona ale zupełnie nie rozświetlona. Na opakowaniu producent jasno informuje nas, że jest to produkt dający efekt rozświetlenia, więc spodziewałam się jakiś drobinek w produkcie, które miałyby połyskiwać w słońcu. Niestety lub stety, takiego efektu nie ma. Co prawda nie jestem z tego powodu zasmucona, jednak nie lubię kiedy producenci nie spełniają obietnic. Regularne stosowanie olejku nie wysusza, a wręcz nawilża naszą skórę. Produkt nie pozostawia na niej tłustego filmu. Zapach na skórze utrzymuje się bardzo długo. Jeśli miałabym się do czegoś doczepić w tym produkcie to będzie to właśnie brak obiecanego rozświetlenia, zbyt rzadka konsystencja oraz SLES w składzie, jednak jest to szukanie na siłę. Według mnie olejek do mycia Le Petit Marseillais jest prawie idealny, świetnie myje, nawilża, pięknie pachnie i jest wydajny. Powiem Wam szczerze, że kiedy otworzyłam przesyłkę to byłam przekonana, że ten produkt powędruje dalej w świat. Nie przepadam za kwiatowymi zapachami, a tego się spodziewałam, bo w składzie znajduje się ekstrakt z płatków róży (rosa damascena flower extract). Ja zapachu różanego nie czuję praktycznie wcale. Morelowy owszem i uważam, że jest przepiękny.

Mleczko nawilżające | Olejek Morelowy, Biała Lilia & Masa Perłowa

Jest to pierwszy kosmetyk z rozświetlającej serii "Rozświetlający Rytuał" który faktycznie rozświetlił moją skórę, a wszystko to za sprawą zmielonej masy perłowej, która osadza się na skórze tworząc taflę złocistego połysku - i to jest naprawdę piękne. Na pewno nie każdemu przypadnie do gustu świecenie się na słońcu niczym Edward Cullen z Sagi "Zmierzch". Mi natomiast efekt ten bardzo przypadł do gustu. Jest mi natomiast przykro ponieważ mleczko to, choć ma składzie Olejek Morelowy to wcale nim nie pachnie, za to wyczuć można delikatny zapach lilii. Nie jest to typowy chamski zapach kwiatowy, nie nie, kwiaty czuć ale zapach jest bardzo przyjemny. Nie powinien on przeszkadzać nawet osobom które zapachów kwiatowych nie lubią. Osobiście uważam, że zapach mógłby być bardziej wyczuwalny. Oczywiście jeśli stosuje się mleczko nawilżające i olejek do mycia jednocześnie to ten zarzut staje się bezzasadny. Konsystencja produktu jest odpowiednio gęsta, na tyle że pompka działa znakomicie, a produkt zaaplikowany na skórę samoczynnie z niej nie spływa. Mleczko bardzo szybko wchłania się w skórę nie pozostawiając tłustej warstwy. Po aplikacji na skórę oczywiście zauważyć możemy miliony świecących drobinek, które o dziwo dobrze trzymają się skóry i nie przenoszą się na ubrania przy pierwszym dotknięciu. O sypaniu się już kompletnie nie ma mowy. Testując ten produkt odniosłam wrażenie, że wszystko jest tak jak powinno i tak jak obiecał producent, ale cały czas z tyłu głowy miałam myśl, że czegoś mi tu brakuje. I owszem brakowało mi: efektu nawilżenia. Choć po aplikacji skóra faktycznie stawała się nawilżona to jednak jest to tylko powierzchniowe uczucie, które mija zaraz po zmyciu produktu. O ile Pielęgnujący olejek do mycia faktycznie dogłębnie nawilżał skórę to tutaj efekt był marny i oczekiwałabym czegoś więcej.

Rozświetlający rytuał

Po kilkukrotnym przeprowadzeniu rozświetlającego rytuału jestem przekonana, że wpłynął on pozytywnie na moje samopoczucie, a wszystko to za sprawą pięknych zapachów. Czytając już teraz na spokojnie przewodnik projektu oraz list, który otrzymałam w paczce ambasadora, mogę w pełni potwierdzić, że stosując te produkty: "pachniałam słońcem i czułam lato na skórze". Dziś czuję je codziennie, słoneczko przygrzewa, a kiedy zachodzi przypominam sobie o nim podczas wieczornej pielęgnacji.
Czy polecam Wam zapoznanie się z rozświetlającą linią produktów? I tak, i nie. Z czystym sumieniem polecić Wam mogę pielęgnujący olejek do mycia oraz mleczko nawilżające. Natomiast dezodorantu nie polecam i nie dlatego, że nie pachniał- bo pachniał. Nie dlatego, że nie działał- bo działał. Tylko dlatego, że uważam iż stosowanie dezodorantów jest szkodliwe. Nie mniej jednak jeśli masz odmiennie zdanie i uważasz dezodoranty za coś fajnego, to myślę, że dezodorant od Le Petit Marseillais może być czymś co pokochasz. 
Copyright © 2018 Prze- Testujemy wszystko , Blogger