Eveline | Oh! My Lips, Matt Lip Kit Liquid Matt Lipstick & Contour Lip Liner | Zestaw do makijażu ust: matowa pomadka w płynie i konturówka w kolorze 02 Milky Chocolate

Eveline | Oh! My Lips, Matt Lip Kit Liquid Matt Lipstick & Contour Lip Liner | Zestaw do makijażu ust: matowa pomadka w płynie i konturówka w kolorze 02 Milky Chocolate

Przyznaję się; jeśli chodzi o matowe pomadki to po prostu straciłam głowę. Nie mogę powstrzymać się przed nabywaniem nowych. Zważywszy wtedy, kiedy słyszę sporo pochlebstw. Ok, nie wytrzymałam i tym razem, więc moja kolekcja powiększyła się o nowy nabytek w cudownym! kolorze mlecznej czekolady. Nazwa zdecydowanie nie kłamie, kolor wygląda na ustach tak, że chce się go zjeść.

Dziś opowiem Wam nie tylko o matowej pomadce w płynie ale także o kredce do konturowania ust. Dokładniej mówiąc to opowiem Wam o zestawie Oh! My Lips, Matt Lip Kit Liquid Matt Lipstick & Contour Lip Liner 02 Milky Chocolate. Przerażająco długa nazwa, co nie?

Kolor jak już wspomniałam jest obłędny, przypomina prawdziwą mleczną czekoladę i optycznie powiększa usta. Prawdę mówiąc po pierwszej aplikacji byłam w szoku, moje usta zrobiły się ogromne. Jeszcze na ciepło przeszukałam gogle za recenzjami i okazało się, że to zasługa składnika aktywnego zawartego w produkcie; mianowicie chodzi o kwas hialuronowy. Dogłębnie nawilża on skórę, pobudza organizm do produkcji kolagenu.

Pomadkę jak i kredkę nakłada się na usta niesamowicie przyjemnie. Mają one kremową konsystencję, którą bardzo łatwo jest operować. Jest ona bardzo podobna do tej którą spotkałam w matowej szmince w płynie Miss Sporty Matte To last 24H. Jeśli chodzi o aplikator na który zawsze tak narzekam to tutaj jest podobnie. Dalej uważam do za zło konieczne, ale całkiem dobrze sobie z nim radziłam. Gąbeczka jest średniej wielkości, a cały aplikator jest dość krótki co ułatwia aplikację i przyssanie się do lusterka ;)

Hokus pokus, czary mary...

Pomadka zastyga stosunkowo szybko, po zastygnięciu nie odbija się na szklankach. Jednak zanim zastygnie to lubi spłatać psikusa i pojawić się na zębach. Po zastygnięciu jest całkowicie matowa i bardzo komfortowo nosi się ją na ustach; praktycznie jej nie czuć. Nie podkreśla ona suchych skórek, ale jeśli mamy bardzo popękane usta to ma tendencje do wchodzenia w pęknięcia. Nie wygląda to dobrze, ale to nigdy nie wygląda dobrze na matowych pomadkach. No chyba, że mówimy o czerni lub o na przykład moim nadal ukochanym Berry Chick z Bourjois. Tego można stosować nawet na wysuszone usta i efekt wizualny będzie ok, gorzej z komfortem użytkowania. Jak to się mówi "na czarnym nie widać".
Pomadka od Eveline Cosmetisc ma standardowy, przyjemny zapach pomadek w płynie. Po nałożeniu zapach ulatnia się bardzo szybko. Według mnie jest ona bez jakiegokolwiek smaku, co jest dziwne. Powiem szczerze, że nie spodziewałam się tak wytrzymałego produktu; zaaplikowana rano wytrzymuje bez żadnych poprawek do późnego popołudnia. Co prawda traci trochę na intensywności koloru, ale usta nadal są równomiernie pokryte kolorem. Kolor niestety nie lubi się z napojami i bardzo tłustymi obiadami, suche i bardziej dietetyczne posiłki znosi natomiast całkiem dobrze. Jeśli chodzi o wysuszanie ust to tutaj jest średnio. Aplikowana na cały dzień na suche usta będzie tragicznym w skutkach. Natomiast nałożona na nawilżone usta, lub na krótszy czas nie powinna zaszkodzić. Osobiście nie odczuwałam bardzo negatywnych objawów, ale od kiedy stosuję matowe pomadki to większą uwagę zwracam na nawilżanie oraz odpowiednie peelingowanie ust.

Konturówka do ust MAX Intense Colour 22 Milky Chocolate jest średnio dopasowana kolorystycznie do pomadki. Jej kolor jest ciemniejszy w stosunku do zastygniętej pomadki. Na ustach po nałożeniu na szczęście ta różnica zostaje zatarta. Kredka jest kremowa i bardzo przyjemnie się ją nakłada. Jest odporna na ścieranie i co najważniejsze po wyschnięciu się nie rozmazuje. W zestawie z konturówką dostajemy temperówkę zamontowaną na skuwce, która przyda się dość szybko z uwagi na kremową konsystencję produktu. Kredkę trzeba dość często ostrzyć.

Wszystkie kolory Oh! My Lips!

Seria Oh! My Lips składa się z 8 kolorów. Niby tylko 8, ale jeśli dobrze popatrzymy na paletę barw to nagle okazuje się, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Osobiście zakochałam się w 02 Milky Chocolate, ale 06 Cashmere Rose także wygląda obłędnie. Moja czekoladka jest po prostu czekoladką, a kaszmirowy róż jest delikatnie sinym różem. Pozostała szóstka to tradycyjna wyrazista czerwień, delikatny róż oraz kilka nudziaków, które świetnie powinny wyglądać u blondynek.

Cena, a jakość?

Za zestaw od Eveline zapłacić musimy około 25 zł. Otrzymamy za to kredkę do ust oraz pomadkę o pojemności 4,5 ml. Zestaw dobrał już za nas producent, więc nie będziemy musieli już tracić na to czasu. Według mnie cena jest odpowiednia do jakości. Pomadka jest trwała, dobrze wygląda, a do tego wzbogacona jest w witaminę E, co przywraca ustom zdrowy wygląd. Producent obiecuje matowe wykończenie i jak najbardziej wywiązuje się z tej obietnicy. Pomadkę nosi się bardzo dobrze, po chwili przestaje ona być zauważalna na ustach. Krótko pisząc, według mnie warto wypróbować.
Przepis na proste ciasteczka czekoladowe | Czekolada Terravita

Przepis na proste ciasteczka czekoladowe | Czekolada Terravita

Kilka tygodni temu otrzymałam wiosenną przesyłkę od Terravita, w której to znalazłam wiosnę! A tak na serio, to otrzymałam w niej mnóstwo pysznej czekolady i Choco Sticków. Te oczywiście pożarłam w czystym sumieniem, bo do tego ktoś je stworzył ;) Z czekoladą miałam większe moralne opory, no bo jak to tak całą tabliczkę na raz... A więc kombinowałam i przerabiałam ją (a raczej to co z niej zostało) na desery. Tak się stało, że w międzyczasie wypadły urodziny w naszej rodzinie, a że pieczenie biszkoptów średnio mi wychodzi. Tzn. pieczenie wychodzi, ale biszkoptem można gwoździe wbijać :D To postanowiłam upiec coś innego. Padło na ciasteczka czekoladowe, a że wyglądają i smakują one wyśmienicie, to pomyślałam, że się z Wami podzielę choć przepisem.

Do przygotowania naszych czekoladowych ciasteczek potrzebować będziemy:
  • 200 gram masła lub margaryny do pieczenia
  • 4 łyżki cukru
  • opcjonalnie 1 łyżeczka cukru waniliowego lub 2 kropelki olejku waniliowego
  • 250 gram mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia (ja dodałam całą)
  • 1 łyżka kakao naturalnego
  • 2 tabliczki czekolady z dużą zawartością  kakao, ja wybrałam Terravita 35% cocoa
  • szczypta soli
Zaznaczyć muszę, że do przygotowania naszych ciastek używać będziemy garnka. Całą przygodę w kuchni rozpoczynamy od roztopienia 1 tabliczki czekolady wraz z masłem, cukrem i cukrem waniliowym bądź olejkiem waniliowym. Stawiamy garnek na małym ogniu i często mieszamy, aż do uzyskania jednolitej masy. Odstawiamy całość na bok aby trochę ostygło.
W czasie kiedy nasza czekolada stygnie przygotowujemy mąkę, proszek do pieczenia, sól oraz kakao. Wsypujemy to do jednej miski i mieszamy.
Kiedy nasza czekolada już trochę ostygła, ale nadal jest jeszcze płynąca to bierzemy się za dalsze boje ;) Do czekolady wrzucamy nasze sypkie składniki i mieszamy łyżką do momentu otrzymania jednolitej konsystencji. Całość powinna zbijać się w kulkę, kulka natomiast musi mieć tendencję przyklejania się do rąk.
Taką klejącą się kulkę musimy włożyć do lodówki, aby łatwiej dawało się formować kulki. Do wyboru mamy dwie opcję; pierwsza to włożenie naszego ciasta do lodówki na około 30 minut, druga to włożenie ciasta do zamrażalnika na około 10 minut. Stosujemy w zależności od potrzeb :)
W czasie kiedy nasze ciasto się chłodzi, możemy wziąć się za pokrojenie czekolady na mniejsze kawałki, które wbijemy w ciasteczka. Najlepiej będzie jeśli użyjemy czekolady z dużą zawartością masy kakaowej, wtedy mamy większą pewność, że nasza czekolada na wierzchu się nie rozleje. Ponownie używam czekolady mlecznej Terravita z 35% zawartości masy kakaowej.
Następny krok to wyciągnięcie naszego ciasta oraz formowanie kuleczek o średnicy około 5 cm. Następnie kuleczki spłaszczamy, układamy na blasze wyłożonej papierem oraz wbijamy w nie kawałki czekolady. Nasze ciasto w czasie formowania może delikatnie kleić się do rąk, oznacza to, że zbyt krótko się chłodziło. Natomiast jeśli będzie bardzo twarde i pękające to musimy poczekać chwilę aż odtaje. Moje kawałeczki czekolady, które wbijałam urodą nie grzeszyły, ale nie miałam cierpliwości kroić czekolady- wybaczcie.
Następny krok to pieczenie. Ciasteczka trzymamy w piekarniku około 10 minut, a temperatura, którą lubią oscyluje w granicach 170 stopni C. Ciasteczka piekłam do suchego patyczka, czyli trochę dłużej dlatego, że w moim domu mieszkają "chrupacze". Lubią twardsze i chrupiące, jeśli potrzymamy je w piekarniku na prawdę te 10 minut to będą delikatne.
Ostatni, a zarazem chyba najprzyjemniejszy etap to pałaszowanie. Moje czekoladowe ciasteczka przed "pożarciem" prezentowały się tak :) Prawda, że wyglądają kusząco?

Koniecznie dajcie znać, czy chcielibyście dostawać częściej takie proste przepisy. Jeśli tak to postaram się, aby inspiracji nigdy tu nie zabrakło. Chcę też podziękować Terravicie za przepyszną i prześliczną wiosenną paczuszkę. Oczywiście polecamy się na przyszłość :)
Nivea Pop-Ball „Lip Balm” Fresh Mint | Pielęgnujący balsam do ust o zapachu Orzeźwiającej mięty

Nivea Pop-Ball „Lip Balm” Fresh Mint | Pielęgnujący balsam do ust o zapachu Orzeźwiającej mięty

To, że szaleje na punkcie matowych pomadek to już wiecie. Ale jeśli sami z nich korzystacie to wiecie też, że potrafią wysuszyć usta. Odpowiednie nawilżenie to klucz do tego by matowe wykończenie wyglądało bosko. Kiedy idzie o pielęgnacje to nie ma dla mnie półśrodków. Produkty muszą być dobre, muszą działać, mieć odpowiedni skład, a fajnie też jeśli maja przystępną cenę. To wszystko znalazłam w pielęgnującym balsamie do ust Pop-Ball od Nivea. 

Mój Pop-Ball jest o zapachu orzeźwiającej mięty i pachnie niesamowicie przyjemnie. Balsam swoim wyglądem przypomina kultowe już jajeczka eos. Podobna zreszta jest też cena i gramatura. Za balsam zapłacić musimy około 20 zł, a dostaniemy za to 7 gram produktu. 

Tak o produkcie pisze producent

NIVEA® POP-BALL Pielęgnujący balsam do ust Orzeźwiająca Mięta. Zapewnia intensywną pielęgnację i długotrwałe nawilżenie ust, dzięki formule wzbogaconej masłem shea i olejkiem rycynowym. Dla miękkich i zauważalnie gładkich ust o przyjemnym zapachu orzeźwiającej mięty.
  • Formuła wzbogacona masłem shea i olejkiem rycynowym
  • Intensywnie pielęgnuje i długotrwale nawilża
  • Zapewnia miękkie i zauważalnie gładkie usta
  • Przyjemny zapach orzeźwiającej mięty

A jego skład prezentuje się tak

Octyldodecanol, Ricinus Communis Seed Oil, Polyisobutene, Pentaerythrityl Tetraisostearate, Hydrogenated Polydecene, Cera Microcristallina, Synthetic Wax, Butyrospermum Parkii Butter, Isopropyl Palmitate, Polyglyceryl-3 Diisostearate, Aqua, Glycerin, Mentha Piperita Leaf Extract, BHT, Menthol, Limonene, Geraniol, Aroma, CI 42090

Balsam bardzo ładnie rozprowadza się na ustach przy tym przyjemnie je nawilża pozostawiając na nich cieniutką warstwę. Miętowy zapach daje uczucie chwilowego orzeźwienia co będzie mega plusem podczas ciepłych letnich dni. Usta po aplikacji są odżywione, delikatne i miękkie. Balsam na szczęście nie posiada lepkiej konsystencji, ale z racji tego też nie jest długotrwały. Aplikować trzeba go średnio co 2 godziny aby utrzymać stałe nawilżenie. Mi jednak taki stan rzeczy bardzo odpowiada.
Opakowanie jest urocze, ma śliczne pastelowe kolory, które przyciągają wzrok. Jest poręczne, ładnie zabezpiecza produkt. Opakowanie jest na tyle wytrzymałe, że w czasie upadku na pewno nic się nie rozpadnie. A zawleczka po zakręceniu trzyma na tyle dobrze, że nie ma mowy o przypadkowym odkręceniu się jej, kiedy będziemy nosić nasz Pop-Ball np. w torebce.
Ziemniaczane kuleczki z mozzarellą | Zottarella bez GMO | #kreatywniewkuchni #zottarellabezgmo

Ziemniaczane kuleczki z mozzarellą | Zottarella bez GMO | #kreatywniewkuchni #zottarellabezgmo

Przychodzę do Was dziś z przepisem na ziemniaczane kuleczki z serem mozzarellą. Kuleczki same w sobie mogą stanowić podstawę naszego obiadu, ale świetnie też sprawdzą się w roli przystawek. Żeby nie przedłużać to zaczynamy!

Składniki potrzebne do wykonania naszych ziemniaczanych kuleczek:

  • ~0,5 kg. ziemniaków, kartofli, pyr lub jako kto woli bramborów. 
  • ser mozzarella; w moim przypadku Zottarella Classic bez GMO.
  • opcjonalnie mąka pszenna do podsypania ciasta, jeśli te będzie bardzo kleiste. Mąkę można zastąpić bułką tartą.
  • sól 
  • 3 jajka
  • bułka tarta lub gotowa panierka
  • olej do smażenia
Sam proces przygotowania naszych kuleczek nie jest bardzo skomplikowany. Jak najbardziej można poprosić dzieci o pomoc w czasie ich przygotowywania, uważać należy tylko w czasie smażenia, głęboki olej to nie najlepszy towarzysz dla dziecięcych łapek.



Na samym początku musimy ugotować ziemniaki oraz przecisnąć je przez praskę. Ja ugotowałam je bez obierek i jeszcze gorące potraktowałam zwykłym tłuczkiem. Gnieciemy je tak długo aż pozbędziemy się grudek




Kiedy nasze ziemniaki już ostygną to możemy wrócić do pracy. Dodajemy do nich jedno jajko oraz sól. Opcjonalnie możemy dodać świeże zioła lub inne przyprawy, ja dodałam trochę dojrzewającego sera koziego, można dodać też parmezan, ale nie jest to wymagane.



Zagniatamy wszystko razem i sprawdzamy czy z otrzymanej masy damy radę ulepić kulki. Jeśli masa jest zbyt miękka i bardzo kleista to dodajemy bułkę tartą lub jak w moim przypadku mąkę pszenną. Kiedy nasza masa jest odpowiednia to odstawiamy ją na chwilę na bok.




Przyszła pora na przygotowanie naszego nadzienia. Ja użyłam sera mozzarella Zottarella firmy Zott. Wykorzystałam wersję Classic bez GMO. Producent posiada w swojej ofercie także mozzarelle w wersji Light oraz w wersje z bazylią Oczywiście użyć możemy ser każdej dostępnej marki. Naszą serową kulkę kroimy w kosteczkę aby ułatwić sobie dalsze kroki.



Ponownie wracamy do naszej masy z której bierzemy mały kawałek po czym formujemy z niego okrągły placuszek. Na sam środek kładziemy kilka kosteczek mozzarelli...





... i kształtujemy równiutką kuleczkę. Jeśli ktoś ma taką fantazję to mogą to być jajeczka. Oczywiście wielkość naszych kulek i ilość "farszu" zależy od naszych upodobań. Jeśli chcemy nasze kulki serwować jako przystawki do np. alkoholu to polecam je robić jak najmniejsze. Idealnie sprawdzą się tutaj łapki dziecka, które też na pewno ucieszy się z pomagania w kuchni.




Tak prezentowały się u mnie wszystkie kuleczki jeszcze przed smażeniem. Nie wiem czy widzicie, ale zrobiłam je w różnych rozmiarach; te większe stały się podstawą naszego obiadu, a mniejsze były atrakcją wieczornego ogniska.




Następny krok to panierowanie. Pozostałe 2 jajka z przepisu roztrzepujemy w misce. Do drugiego pojemnika wsypujemy bułkę tartą lub naszą panierkę. Jeśli chcemy to w trzecim naczyniu ustawiamy mąkę. Kuleczki kolejno wkładamy w mąkę, jajko i w bułkę tartą. Później wrzucamy je do gorącego oleju. Najlepiej żeby cała kulka była zanurzona. Smażymy kuleczki tak długo, aż staną się rumiane, po czym wykładamy je na papierowy ręcznik, aby odciekły.



Jeszcze ciepłe kuleczki ziemniaczane nadziewane serem mozzarella prezentowały się tak. Nie wszystkie wyszły idealnie, ale nie o wygląd chodzi lecz o smak :)







Jeśli skorzystaliście lub znacie już ten przepis to koniecznie dajcie znać jak Wam smakowało lub co byście zmienili. Może macie jakąś przyprawę bez której nie wyobrażacie sobie takiego dania? Z przyjemnością też poczytam jak wy poradziliście sobie z wyzwaniem #kreatywniewkuchni #zottarellabezgmo Chętnie odwiedzę Wasze blogi i trochę się po inspiruję <3
Le Petit Marseillais | Zmysłowo pachnący duet Dla Ciebie i dla Niego #zmysłowyduet #ambasadorkalpm

Le Petit Marseillais | Zmysłowo pachnący duet Dla Ciebie i dla Niego #zmysłowyduet #ambasadorkalpm

Zele pod prysznic Le Petit Marseillais
Dzięki kampanii „Zmysłowo pachnący duet” zorganizowanej przez Le Petit Marseillais mieliśmy okazje przenieść się w świat pięknych zapachów oraz orzeźwiających pryszniców. Na samym starcie kampanii otrzymaliśmy piękne zapakowaną przesyłkę, w której odnaleźliśmy żele pod prysznic oraz przewodnik po świecie LPM.

Dla Ciebie i dla Niego

Wariant dla Niej, czyli zapach dojrzałego owocu granatu to 400 ml czystej przyjemności. Żel pod prysznic ma gęstą konsystencję, którą łatwo jest rozprowadzić na mokrej skórze. Żel spienia się szybko i tworzy delikatną pianę. Produkt łatwo jest spłukać ze skóry, a zapach na ciele utrzymuje się do nawet kilku godzin. Zapach na ciele jest nieznacznie inny niż ten, który czujemy z opakowania. Ten po aplikacji jest bardziej orzeźwiający oraz energetyzujący. O wiele bardziej przypomina on zapach prawdziwego owocu, który znamy z kuchni i którego czujemy w czasie otwierania owocu.

Wariant dla Niego, to coś co przykuło moją uwagę już w czasie otwierania przesyłki. Zapach dla Niego jest o wiele bardziej wyrazisty, ostry oraz pobudzający. Żel pod prysznic dla mężczyzn to zapach czerwonej pomarańczy oraz szafranu. Żel pachnie obłędnie zarówno w opakowaniu jak i na ciele. Utrzymuje się również bardzo długo oraz jest zdecydowanie mocniejszy. Kolor produktu także jest bardziej wyrazisty, a żel zawdzięcza ten kolor szafranowi, który naturalnie występujący ma piękny, intensywny czerwony kolor.

Zarówno wersja dla Niej jak i dla Niego dotarła do nas w 400 ml opakowaniach. Według mnie jest to naprawdę sporo, więc czaka nas wiele zmysłowych kąpieli. Wypatrzyłam, że w drogerii Rossmann za żel dla Niej zapłacić będziemy musieli jakieś 12 zł. Cena jak dla mnie jest odpowiednia do jakości i wielkości opakowania. Niestety ceny męskiego odpowiednika, czyli żelu pod prysznic o zapachu czerwonej pomarańczy i szafranu, nie udało mi się namierzyć. Znalazłam tylko informację o tym, że będzie on dostępny od czerwca.

Zapomnij o podrażnieniach skóry

Cieszę się, że produkty Le Petit Marseillais nie działają drażniąco na skórę. Niestety jakiś czas temu praktycznie zrezygnowałam, a raczej ograniczyłam się do kilku żeli pod prysznic, ponieważ te bardzo wysuszały one moją skórę. Niektóre powodowały wysypkę, ale najgorsze i tak było pieczenie. Początkowo obawiałam się doświadczyć takich nieprzyjemności także z tych produktów, ale te okazały się być na medal. Zarówno wersja dla Niej o zapachu granatu jak i wersja dla Niego o zapachu czerwonej pomarańczy i szafranu(przyznaję się, że uprowadziłam Przedmężowi żel na kilka dni) została bardzo dobrze przyjęta przez moją skórę. Ta po prysznicu była nawilżona, odświeżona i niezmiernie delikatnie. Nie było mowy o jakimkolwiek zaczerwienieniu.
Oboje jesteśmy zachwyceni zapachem, jakością oraz działaniem produktu. Żele pod prysznic z Le Petit Marseillais to pierwsze produkty tej marki, które zagościły w naszym domu. Jestem przekonana co do tego, że nie będą one ostatnimi. Moje przekonanie jest tym mocniejsze im bardziej zagłębiam się w świat LPM. Produkty wzbogacane się o składniki pochodzenia roślinnego. Piana, która wytwarza się podczas mycia jest biodegradowalna, a sam produkt posiada pH neutralne dla skóry. A do tego wszystkiego ten zapach... czego można chcieć więcej? 
Krem regenerujący z olejkiem różanym | Bielenda

Krem regenerujący z olejkiem różanym | Bielenda

Dziś będzie krótko, ale bardzo pozytywnie. A to dlatego, że opowiadać Wam będę o kremie, który zrobił u mnie furorę. Mowa będzie o kremie regenerującym z olejkiem różanym, przeznaczonym do skóry suchej i wrażliwej.

Z produktem zaprzyjaźniłam się jeszcze w zeszłym roku przed zimą. Nie do końca byłam przekonana co do zapachu. Nie znoszę zapachów kwiatowych, choć zdarzają się wyjątki które toleruje. Zazwyczaj te, które nie są zbyt intensywne. Tutaj zapach jest bardzo przyjemny, delikatny i niezbyt różany, powiedziałabym nawet, że zapach jest delikatnie malinowy. W składzie produktu nie znalazłam składnika odpowiedzialnego za te malinowe odczucia, więc to tylko mój uszkodzony zmysł powonienia :P

Według producenta krem stosować możemy na całe ciało, ja używam go głównie do twarzy i dłoni. Kiedy wylądował w mojej łazience na dworze temperatura powietrza oscylowała w granicach -20 stopni, więc nawilżanie było wskazane. Krem spisywał się idealnie, ładnie nawilżał, szybko się wchłaniał, nie pozostawiał tłustego filmu na skórze. Perfekcyjnie zabezpieczał skórę przed mrozem. Teraz mamy już ciepełko, a krem dalej sprawdza się u mnie bardzo dobrze. Choć nie ma 30 stopni, a zaledwie 18-20 to jego stosowanie nadal jest przyjemnością. Nie zapycha on porów, idealnie nadaje się pod makijaż. Makijaż natomiast utrzymuje się na nim perfekcyjnie. Skóra po aplikacji staje się delikatna, miękka i gładka.
Krem zamknięty jest w prześlicznym słoiczku, który sam w sobie stanowi ozdobę łazienki. Co do tego rodzaju opakowania zdania są podzielone; jedni uważają, że jest ono bardzo niehigieniczne, inni natomiast nie mają nic przeciwko. Ja uważam, że przy zachowaniu odpowiedniej higieny krem może być bezpieczny. Wielkim plusem jego składu jest to, że zawiera on w sobie 100% roślinnych składników aktywnych.

Z opakowaniem wielkości 200 ml przyjaźnię się już kilka miesięcy i nadal go nie wykończyłam. Krem jest bardzo wydajny, a do tego niezbyt drogi. Za 200 ml opakowanie zapłacić musimy jakieś 15 zł! Ogólnie jestem z niego bardzo zadowolona, ma on także właściwości regenerujące, które faktycznie dało się zaobserwować zimą, kiedy skóra była podrażniona i wysuszona. 
Aloe Fresh | Naturalne produkty z aloesem | Higiena jamy ustnej

Aloe Fresh | Naturalne produkty z aloesem | Higiena jamy ustnej

Przyznaję, że w naszym domu to Przedmąż kupuje pasty do zębów. Ma do tego smykałkę, zawsze pamięta jaka się kończy, a która była średniej jakości. Mamy w naturze to, że nigdy nie używamy jednej pasty; jednocześnie otwartych mamy kilkanaście tubek. Zawsze wydawało nam się, że tak jest lepiej. Skoro jedna pasta działa dobrze na dziąsła, a druga na szkliwo to stosowanie ich naprzemiennie przyniesie więcej korzyści niż ograniczanie się do jednej. Nie mówimy tutaj o pastach wybielających, które stosować trzeba systematycznie by osiągnąć zamierzony efekt. Zawsze jest jednak jakieś "ale".
Jakiś czas temu odezwał się do nas dystrybutor produktów Aloe Fresh i zaproponował możliwość przetestowania kilku produktów. Przedmąż jarał się jak dziecko. Zresztą podobnie jak ja wczoraj na insta-story, ktoś widział? <wstyd>


Pasta żelowa do zębów wrażliwych | Aloe Fresh

W paczce znaleźliśmy między innymi żelową pastę do zębów wrażliwych z aloesem, witaminą C oraz olejkiem z drzewa herbacianego. Te aktywne składniki pochodzenia naturalnego przyczyniają się do łagodzenia oraz cofania się zmian w jamie ustnej. W składzie pasty znajduje się też substancja czynna na której można złamać język(carboxymethyl chitosan), ale która odpowiedzialna jest za zapobieganie ubytków i kamienia nazębnego. Cała magia tej pasty polega na tym, aby stosować ją regularnie, czyli coś czego do tej pory nie robiliśmy. Jeśli chodzi o jej smak to niestety ale jest tragiczny, według producenta mocno miętowy, ale według mnie jest po prostu mdły. Męska część rodzinki mówi, że ujdzie, więc to zapewne moje "babskie widzimisię". Od kiedy stosuję tą pastę to odnoszę wrażenie, że moje zęby są lepiej umyte niż kiedy stosowałam inne pasty. Przyznaję, że te wrażenie, naturalny skład, brak parabenów, sls oraz barwników po prostu mnie kupiło i odpowiednio zachęciło, żeby poznać resztę past oferowanych przez Aloe Fresh. Na szybko zdradzę Wam, że w ofercie znajdują się też pasty wybielające oraz oczyszczające.


Naturalny płyn do płukania ust

Pasta była najbardziej wyczekiwanym produktem z tej przesyłki, ale furorę zrobił także płyn do płukania ust bez alkoholu. Najbardziej zdziwiło nas to, że jest on w 100% naturalny. W składzie ponownie znalazł się aloes(moja ostatnio najbardziej ukochana roślinka); olejek z drzewa herbacianego, który jest znakomitym antyseptykiem; szałwia, która działa przeciwzapalnie; xylitol, który pobudza ślinianki do produkcji śliny przy czym zmienia jej ph, a to z kolei wpływa na pogorszenie warunków do rozwoju bakterii odpowiedzialnych za rozwój próchnicy. Możemy dodać do tego jeszcze miętowy smak i powstaje idealny płyn do płukania ust. Z tym produktem na pewno się nie rozstaniemy. Fantastycznie odświeża on oddech i pozostawia uczucie czystości w ustach.


Spray odświeżający oddech

Były "ohy i ahy" czas na coś co kompletnie nam się nie sprawdziło. Spray odświeżający oddech. Ponownie fantastyczny skład, ponownie 100% naturalnych produktów. Ponownie mięta i aloes, ponownie brak cukru i brak alkoholu. Brzmi fantastycznie, ale na szczęście nikt z nas nie ma problemu z halitozą, czyli problemu z nieświeżym oddechem. Tutaj Przedmąż pożartował, że na pewno zużyjemy go po jakiejś imprezie, ale to tyle. Jest to produkt, którego działania nie mamy na czym przetestować. Jeśli chodzi o jego opakowanie to robi ono wrażenie; jest estetyczne, delikatne, poręczne, pompka działa bardzo ładnie, nic nie przecieka. Buteleczka schowana w butonierce nie będzie przyciągać niepotrzebnej uwagi. Pojemność opakowania to 15 ml, wydaje mi się to dość sporo, zważywszy na to, że na jedną aplikację dyfuzor nie pożera wielkich ilości produktu.


Naturalnie znaczy lepiej?

Odpowiadając krótko: na pewno nie gorzej. Jeśli chodzi o nas to staramy się żyć blisko natury oraz korzystać z naturalnych produktów. Podjęliśmy taką decyzję ponieważ ważne jest dla nas zdrowie oraz otoczenie w którym żyjemy. Oczywiście staramy się nie popadać w paranoję, bo trochę przysłowiowej już "chemii" od razu nie zabija. Jednak warto jest wybierać produkty naturalne. Wpływają one lepiej na nasze zdrowie oraz są lepiej degradowane przez środowisko. Składniki aktywne, które znajdziemy w produktach Aloe Fresh to w większości ekstrakty lub wyciągi z ziół. A o ziółkach najlepiej opowiadają babcie, które stłuczone kolano potrafią wyleczyć kawałkiem liścia (Plantago lanceolata) szybciej niż dostalibyśmy się do lekarza.

Każda przygoda to życiowa lekcja

Z pasty jak i płynu do płukania ust jesteśmy bardzo zadowoleni. Jak już pisałam, płyn zagości na stałe w naszej łazience. Jeśli chodzi o pastę to jak najbardziej się sprawdziła i zapewne my sprawdzimy pozostałe pozycje producenta. Natomiast jeśli chodzi o systematyczne stosowanie jednej pasty, to przygoda z Aloe Fresh nauczyła nas, a przynajmniej mnie, że warto trzymać się jednego produktu jeśli "coś on robi". Tak przekładając to na logiczne myślenie, to przecież stosując jakiekolwiek leki czy antybiotyki, to aby zadziałały to musimy używać ich regularnie. Podobnież jest zresztą i w kosmetykach, więc dlaczego pasty miałyby rządzić się innymi zasadami. 
Inteligentny antyperspirant Adidas Adipower #AsStrongAsIam

Inteligentny antyperspirant Adidas Adipower #AsStrongAsIam

Przyznajemy się, że na trochę Was opuściliśmy. Nie oznacza to jednak, że w czasie przestoju na blogu nic nie testowaliśmy. Testowania było sporo, trochę nowości z rynku, trochę dobrze znanych już Wam produktów. W czasie kiedy nas tu nie było u nas działo się sporo; dalszy remont, nowe projekty i kilka ciekawych pomysłów, które mamy zamiar wprowadzić już w niedalekiej przyszłości. Mamy nadzieję, że nie jesteście na nas bardzo źli, ale gdyby jednak to... wstawiamy zdjęcie z ostatniego spaceru. A na nim nasza kochana Bebuchna, kozia babcia i królowa naszej gromadki, być może jej słodka mordka Was udobrucha :)
Wracając do głównego tematu to dziś miało być o testowaniu antyperspirantu Adidas Adipower, który mam przyjemność od jakiegoś czasu używać. Przyznaję się, że na zakupach zawsze wybieram wersje w sztyfcie, których aplikacja jest dla mnie wygodniejsza. A i działaniem do tej pory zawsze mnie zachwycały. Po półtorej miesiąca moje podejście zakupowe będzie już ciut inne. Nie piszę, że bez zastanowienia sięgnę przy następnych zakupach po wersję w spray'u. Ale już wezmę ją pod uwagę. Żałuję tylko, że adipower nie jest dostępny w sztyfcie. Natomiast dostępny jest w kulce no i już wspomnianym spray'u; oczywiście tyczy się to wersji zarówno męskiej jak i damskiej.

W przesyłce od Adidas otrzymałam antyperspirant dla siebie i Przedmęża. Wersja Przedmęża trafiła jednak do młodzieży w naszym domu, która podobnie jak ja kręciła nosem na ten rodzaj aplikacji. Pytany dlaczego, odpowiadał; "że takie antyperspiranty po prostu nie działają". Zapytałam ponownie przed chwilą (po prawie dwóch miesiącach stosowania) jak się sprawdza. Dostałam wyczerpującą odpowiedź: "działa i jest ok" :D Uwierzcie mi, że to i tak wyczerpująca odpowiedź.

Osobiście z mojego egzemplarza też jestem zadowolona. Nie zmienił on jednak mojego nastawienia do preparatów w spray'u. Jakoś nigdy nie wiem ile użyć i czasem mam problemy z aplikacją, po czym odkrywam nagle białą plamę na bluzce. Na szczęście ten antyperspirant nie robi plam na ubraniach, więc spray toleruję.
Nie jestem sportowcem, nie lubię biegać ani przesadnie się ruszać. Ale jak już zapewne zauważyliście mieszkam na wsi w miejscu gdzie zawsze jest coś do zrobienia. Hoduję kozy, za (i czasem z) którymi czasem trzeba pobiegać. Zdarza mi się obsługiwać siekierę oraz strug. Ogólnie rzecz biorąc, chcąc czy nie chcąc mam sporo ruchu(dzięki Bogu, bo lubię czekoladę). Myślę więc, że warunki do testowania inteligentnej technologii miałam odpowiednie. Pokrótce powiem, że ta działa, czego w zupełności się nie spodziewałam. Przyznaję się, że zgłosiłam się do tego testu między innymi po to aby móc napisać, "inteligentna ochrona to ściema". Coś jednak nie pykło. Inteligentna ochrona działa, w czasie wzmożonej aktywności czuć było mocniejszy zapach antyperspirantu.

W czasie jego stosowania ani razu nie udało mi się go pokonać. Ubrania zawsze były przyjemnie suche nawet podczas bardzo aktywnych godzin. Zapach antyperspirantu jest jak najbardziej ok, jest orzeźwiający i nie nazbyt natarczywy. Tylko w czasie aplikacji zalatuje typowym produktem w spray'u, na szczęście ten zapach szybko wyparowuje. 

Opakowanie Adidas Adipower według mnie jest tradycyjne, normalne w odpowiedniej wielkości. Swój egzemplarz posiadam niespełna 2 miesiące i myślę, że to już jego ostatnie dni. Czy na następnych zakupach kupię Adipower? Powiem szczerze, że nie wiem. Nadal nie jestem przekonana do kulek i spray'u. A w szafce czekają na mnie kolejne antyperspiranty do testów. Jeśli te mnie nie zauroczą to być może skuszę się na kulkę Adidas.
Miyo Five Points Palette | Sztos z Instagrama za 15 zł | No. 09 Hot Brown Cold Heart

Miyo Five Points Palette | Sztos z Instagrama za 15 zł | No. 09 Hot Brown Cold Heart

Od dobrych kilku miesięcy na Instagramie oglądam prześliczne makijaże. Wydawałoby się, że zrobienie make-upu idealnego wymaga zakupu najdroższych, a co za tym idzie najlepszych kosmetyków. Jakieś było moje zdziwienie kiedy dowiedziałam się, że duża cześć dziewczyn wykorzystuje do zabawy kosmetyki drogeryjne, a czasem i te dostępne w markecie, które niekoniecznie są bardzo drogie, ale są dobre! Jedną z takich tańszych marek jest Miyo mniej lub bardziej znana jako Pierre Rene; więc dzisiaj o Five Points Palette, a dokładniej o No. 09 Hot Brown Cold Heart, którą posiadam.
Seria Five Points na dzień dzisiejszy składa się z 14 paletek, 15 o ile policzymy paletkę Unicorn, która zawiera cienie duochromowe (zmieniające barwę w zależności od tego pod jakim kątem pada na nie światło). Każda paletka składa się z 5 idealnie skomponowanych cieni do powiek. Poszczególne cienie dobrane są w taki sposób aby można było wyczarować z nich kompletny (delikatny) dzienny lub (ciemny) wieczorowy makijaż. Gama kolorystyczna jest całkiem szeroka, bowiem w ofercie znajdziemy żywe (No. 06 Carnival) jak i stonowane (No. 03 Old Rose) kolory. 
Cienie zapakowane są w bardzo wytrzymałe pudełko, którego wieczko jest przeźroczyste, dzięki czemu szybko możemy podejrzeć jakie kolory znajdują się wewnątrz. Opakowanie jest bardzo minimalistyczne z wyjątkiem marki, wagi oraz proponowanego sposobu aplikacji nie znajdziemy nic więcej. Opakowanie jest na tyle wytrzymałe, że bez obaw wrzucić możemy je do plecaka czy torebki nie martwiąc się o uszkodzenie zawartości. Tak prawdę powiedziawszy to mam raczej problem z otwieraniem kasetki ;P ponieważ zapięcie tak dobrze trzyma. Pierwsze uroczyste otwarcie zaliczył Przedmąż, bo ja nie dawałam rady.
Kolory są naprawdę na-pigmentowane, nawet te jasne. Ich konsystencja przypomina mi cienie z paletki Smoky Stories Bourjois; są delikatne, kremowe, nawet w najmniejszym stopniu nie kredowe. Praca z nimi to czysta przyjemność; z paletki No. 09 tylko ostatni- najciemniejszy kolor trochę się obsypuje. Cienie bardzo łatwo się łączą, na pewno poradzi sobie z nimi początkujący. Na te najciemniejsze kolory trzeba jednak trochę uważać aby nie zrobić sobie plamy.
Jedyny minus jaki odnajduję w tej palecie to wygląd kolorów w opakowaniu, który niestety nie zawsze przekłada się na ich wygląd na powiece. Kiedy kupowałam No. 09 Hot Brown Cold Hearth przekonana byłam że otrzymam cienie brązowe z jednym nudziakiem i jakąś szarością.  Oczywiście nie sprawdziłam zdjęć w sieci, a zaufałam zdjęciom pośrednika.

W rzeczywistości otrzymałam matowy brąz, perłowy brąz, brudny fiolet, perłowy jasny brudny fiolet oraz perłowy jasny bliżej nieokreślony kolor. Na szczęście na stronie sklepu Miyo możemy podejrzeć jak wyglądają ich swatche.






Powiem Wam szczerze, że nie jestem zadowolona z otrzymanej kolorystyki, ale to akurat mój błąd, bo nie zweryfikowałam zdjęć ze sklepu. Natomiast jeśli chodzi o 2 najciemniejsze kolory oraz o ten najjaśniejszy to są to kolory, które bardzo mi się podobają i po które sięgam z wielką przyjemnością. Jak tylko wpadnę na to jak wyciągnąć 2 pozostałe kolory z paletki to wiem komu je podaruję. Gdyby jednak przemilczeć moją niechęć do takich odcieni to z tej paletki wyczarować można naprawdę przyjemny dzienny makijaż.


Za paletkę Miyo Five Points zapłacić musimy 14,99 zł. - jest to cena regularna, ale wiadomo zdarzają się promocję. Choć tutaj myślę, że nie ma się nad czym zastanawiać, bo ta paletka to prawdziwy sztos. Jedynie za paletkę Unicorn zapłacić musimy 24,99 zł. Łączna waga wszystkich cieni w paletce to 6,5 grama, czyli całkiem sporo. Skoro nawiązywałam już do paletki Smoky Stories od Bourjois to tam za 3,2 grama zapłacić musieliśmy około 30 zł. Stosunek ceny do jakości jest jak najbardziej na plus dla jakości.



Paletka jest wytrzymała, estetycznie wykonana, cienie są ładne z nie małą trwałością. Nakładane na bazę joko trzymały się do czasu demakijażu. Tylko podczas zakupu online trzeba trochę rozważniej postępować. Przy zakupach stacjonarnych, kiedy paletkę mamy okazję wymacać na pewno nie popełnimy gafy. Czy kupię następną? Prawdopodobnie tak; kuszą mnie przede wszystkim trzy konkretne paletki, mianowicie: No. 12 Unicorn, No. 06 Carnival oraz No. 16 Holy Grail. Liczę tylko, że któraś z nich nie okaże się być limitowaną edycją.


A Wy, mieliście już okazję korzystać z tej paletki? Może Wam w przeciwieństwie do mnie podobają się te fiolety. Koniecznie dajcie znać co myślicie o Miyo i ich produktach.
Miss Sporty | Matte to Last 24h | Matowa szminka do ust w kremie

Miss Sporty | Matte to Last 24h | Matowa szminka do ust w kremie

Wiecie już z ostatnich postów i zdjęć, że mam bzika na punkcie matowych pomadek. W końcu śmiało mogę malować usta i nie męczyć się z przyklejającymi do nich włosami. Ero błyszczyków- żegnam Cię, wróć jak zrobisz coś naprawdę ekstra.

Tak więc aby zadowolić moje wewnętrzne dziecko kochające mat, to postanowiłam powiększyć swoją kolekcję matowych pomadek. W sumie nie szukałam ich długo, nie zaskoczyły mnie one ceną, nie zainteresowały mnie one w socjalach. One po prostu pojawiły się na mojej drodze, a później w rękach kuriera ;P Ale o czym mowa? O szminkach w kremie  Matte to Last 24H Lip Cream od Miss Sporty. Z samą firmą bardzo się lubimy, chyba nie trafiłam jeszcze na żaden kosmetyk od nich, który u mnie okazałby się bublem nie wartym swojej ceny.
Seria Matte to Last 24h składa się z... no właśnie, ciężko określić mi ile dokładnie jest kolorów, naliczyłam ich 5, ale nie jestem przekonana czy są to wszystkie odcienie. Jednym z tych odcieni jest piękna, soczysta czerwień. Ubolewam nad tym, że nie wiedziałam szybciej o jej istnieniu. W moim posiadaniu znalazły się dwa kolorki, mianowicie: 100 Fresh Nude oraz 200 L!vely Rose. Jak same nazwy wskazują, jedna jest kolorem nude, a druga różem. I ta różowa zdecydowanie bardziej podoba mi się na moich ustach.

Szminki w kremie po zastygnięciu stają się całkowicie matowe z aksamitnym wykończeniem. Zastygają krócej niż moja ukochana Berry Chick z Bourjois, ale nadal na tyle długo by móc je poprawiać oraz dokładać warstwy. Zapach tych szminek jest obłędny, pachną one słodko niczym błyszczyki z lat 90'. Pachną gumą balonową! I za to między innymi je kocham <3
Producent obiecuje nam 24 godziny trwałości, ale niestety nie mamy najmniejszych szans na osiągnięcie tego wyniku. Choć swatche na ręce widać było następnego dnia, to na ustach średnio wytrzymywały mi popołudnie, czyli coś koło 5, może 6 godzin z przekąską. Szminki bardzo fajnie się zjadają i nie wyglądamy groteskowo po 2 godzinach od aplikacji. Ich wielką zaletą jest odporność na pocieranie, producent określa to "odpornością na pocałunki". I to faktycznie mogę potwierdzić, szminka bardzo mocno wpija się w usta i nie puszcza przy pierwszym potarciu. Tutaj przychodzi jednak problem z demakijażem, trudno pozbyć się jej w 100%

O opakowaniu mogę powiedzieć tylko jedno, jest wytrzymałe. Po jakimś czasie noszenia szminki w plecaku opakowanie wcale nie wygląda tak źle, jak się spodziewałam. Z aplikatorem do nakładania na pewno nie połączy mnie romans. Nie znoszę go, tak samo jak wszystkich innych gąbko- patyków do nakładania. Nie potrafię się nimi posługiwać, wyjeżdżam poza obręb ust i zostawiam nieestetyczne kreski. Ale przyznać muszę, że w przypadku Matte to Last 24h to kreski bardzo łatwo się niwelowało i rozprowadzało na ustach.
Na zdjęciu jeszcze dobrze nie wyschnięta Berry Chick aplikowana w praktycznie tym samym czasie. Za szminkę od Miss Sporty zapłacić musimy około 17 zł, jej pojemność to 3,7 ml. Za pomadkę Bourjois Rouge Edition Velvet, o której wspominałam wyżej zapłacić musimy około 50 zł z tym, że jej pojemność to już 7,7 ml. Miss Sporty jak widać jest trochę tańsza, ale tylko nieznacznie gorsza. Przede wszystkim posiada inna kolorystykę no i zawsze możemy kupić dwa różne kolory w ramach jednej. Osobiście jestem bardzo zadowolona z efektu oraz tego jak długo utrzymuje się na ustach ta szminka. Nie wysusza ona ust oraz nie podkreśla suchych skórek. Podoba mi się jej zapach oraz to, że ten dość długo utrzymuje się na ustach. W smaku jest nijaka, nie jest niesmaczna. Nie odbija się na zębach, a jej nakładanie (nawet tym przeklętym aplikatorem) jest całkiem przyjemne. Ma fantastyczną- gęstą konsystencję i ładne krycie. Jak najbardziej zachęcam do jej wypróbowania. Tym bardziej, jeśli któryś kolor Was urzekł. 
Copyright © 2018 Prze- Testujemy wszystko , Blogger