Mexx Festival Summer Woman | Letni zapach dla kobiet

Mexx Festival Summer Woman | Letni zapach dla kobiet

Woman festival summer mexx
Dziś nietypowo, bo o perfumach, czyli o czymś, co na każdym z nas może inaczej pachnieć oraz mieć inną trwałość. Więc dzisiejszy post to nie do końca recenzja, a raczej moje spostrzeżenia na temat Mexx Festival Summer Woman.

Nietłukące opakowanie!

Jest to zdecydowanie jeden z ogromnych plusów tego produktu. Perfumy zamknięte są w lekkiej, polimerowej butelce odpornej na upadki. Produkt sygnowany jest jako produkt festiwalowy. Czyli taki, który możemy wrzucić w torebkę, a ten nie będzie zajmował wiele miejsca i nie będzie podatny na uszkodzenia. Nadmienić należy także, że buteleczka jest bardzo lekka, co nie często spotyka się w perfumach. Zbiór tych cech nie składa się jednak na tandetny wygląd i wykonanie, w żadnym razie. Buteleczka według mnie jest urocza i przyciągająca wzrok, a jej wykonanie jest na naprawdę fajnym poziomie.

Woman festival summer mexx woda perfumowana
Letni zapach

Zapach dla niej
kwiatowo – owocowy
Niezwykle energetyczne połączenie owocowych aromatów: słodkiej gruszki i mirabelki z nutą drzewa sandałowego.
Nuty głowy: Liście ananasa, Gruszka
Nuty serca: Magnolia, Frezja, Mirabelka
Nuty bazy: Drzewo sandałowe, Nuty piżmowe
Taki jest opis producenta, a ja mogę potwierdzić, że bardzo łatwo wyczuć jest zapach piżma, drzewa sandałowego i gruszki. Zapach jest bardzo przyjemny, lekki, idealny na lato, ale także na jesień. To jednak oczywiście zależy już od osobistych preferencji. Na mojej skórze perfumy utrzymują się zazwyczaj dość długo, ten natomiast utrzymywał się bardzo długo. Aplikowany wczesnym porankiem wyczuwalny był jeszcze wieczorem. Na ubraniach "wyniuchałam" go następnego dnia.

Woda perfumowana dostępna jest w dwóch pojemnościach, a mianowicie w buteleczce o pojemności 25 oraz 50 ml. Cena standardowa jest dość wysoka, za pojemność 50 ml zapłacić powinniśmy 112 zł, a za buteleczkę o pojemności 25 ml- 80 zł. Na szczęście w Rossmannie możemy liczyć na ciekawe promocje ;)

Woman festival summer mexx - tyl opakowania

Tylko w Rossmann

Niestety perfumy dostępne są tylko w drogeriach Rossmann. Niestety, ponieważ nie każdy ma dostęp do tych drogerii, a uważam, że produkt jest całkiem ciekawy i warto zapoznać się z jego zapachem. W drogerii dostępna jest także woda perfumowana dla mężczyzn z tej samej serii. Nuty zapachowe są oczywiście inne, ale przyznam się, że korci mnie, aby poznać ten zapach. Z opisu wynika, że jest to podobnie energetyzujący zapach jak wersja dla kobiet. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, to zapraszam Was do drogerii internetowej Rossmann, a dokładnie pod ten link przekierowujący do produktu >klik<
Nowość od Nivea | Olejek w balsamie kwiat pomaranczy i olejek awokado {Recenzja}

Nowość od Nivea | Olejek w balsamie kwiat pomaranczy i olejek awokado {Recenzja}

Cześć Kochani!
Jako że u mnie ostatnio bardzo pracowicie i bardzo ciepło to cały czas stawiam ogromny nacisk na pielęgnację. Remont koziego domku, pielenie ogródka które, prawdę mówiąc za nic mi nie wychodzi, odpowiednio wysuszają moją skórę. Balsamy, mleczka, oliwki to produkty, które zawładnęły moim życiem. I o ile w dużej części mojemu ciału wystarczały kremy Nivea Mix Me, to dłonie okazały się pietą achillesową. Najbardziej ucierpiały paznokcie i skorki przy nich, a wszystko to przez naukę szpachlowania... Zrezygnowałam z hybryd, obcięłam paznokcie na krótko i ratowałam się oliwką do skórek z witaminami. Niestety i ta poległa, a mi zachciało się płakać. Na ratunek jednak przybiegła, a raczej przyjechała paczka z klubu Przyjaciółek Nivea, w której znalazłam olejek w balsamie do skóry normalnej i suchej.

Kwiat pomarańczy

Olejek w balsamie kwiat pomarańczy i olejek awokado to produkt o bardzo przyjemnym i delikatnym zapachu, który ulatnia się stosunkowo szybko po aplikacji. Pozostaje on na skórze na tyle długo by, zdążył zadziałać odprężająco, za co jestem mu bardzo wdzięczna.
Produkt wchłania się ekspresowo oraz nie pozostawia tłustej warstwy na skórze. Ta zaleta okazała się u mnie kluczowa, ponieważ używam tego produktu w głównej mierze do pielęgnacji moich przesuszonych dłoni. I tu muszę dodać, że produkt sprawdził i sprawdza się super i należałoby dopisać, że jest przeznaczony także dla ekstremalnie suchej skóry.

Niby olejek, ale jednak nie olejek ;)

Olejek w balsamie to dla mnie nowość i bardzo ciekawe rozwiązanie. Osobiście nie przepadam za olejkami, tylko dlatego, że ich aplikacja jest uciążliwa. Wylewanie ich z buteleczki lub używanie kroplomierzy mierzi moją psychikę. Robiąc manicure hybrydowy, staram się unikać tego kroku jak ognia. Wiem, nie dobrze, ale już zmieniam swoje nawyki, jestem już po świeżo zrobionym manicure i nawilżeniu skórek za pomocą olejku w balsamie i jestem zachwycona.
Skóra po aplikacji jest gładka, delikatna oraz głęboko odżywiona. Od kiedy stosuję ten olejek wieczorem, to rano mogę odpuścić sobie nawilżanie. Przy produkcie takim jak ten, czyli niepozostawiającym tłustego filmu na skórze nie byłoby to tragedią. Inne kremy, które taki film pozostawiają, są skreślone z porannej pielęgnacji, ponieważ do szału doprowadzają mnie tłuste plamy na komputerze czy kubku.

Olejek awokado łagodzi podrażnienia i działa przeciwzapalnie. Jest on bogaty w mikroelementy, które wygładzają oraz dogłębnie nawilżają skórę. Dodatkowo chroni on skórę przed szkodliwym działaniem promieniowania UV.

Podsumowując...

Tak na szybko podsumowując ten produkt, to jestem z niego bardzo zadowolona. Olejek w balsamie zapewnił mi odpowiednie nawilżenie, pielęgnację oraz odżywienie dla mojej skóry dłoni. Do tego szybko się wchłania i otula pięknym, świeżym zapachem pomarańczy. Jestem na półmetku jego użytkowania i jestem przekonana, że sięgnę po niego przy następnych zakupach w Rossmann. Jego cena regularna to jakieś 24 zł za 400 ml. Moje opakowanie miało 200 ml, muszę stwierdzić, że produkt jest dość wydajny, choć czasem zdarza mi się przedobrzyć z jego ilością :)
Suchy szampon dla szatynek | Nivea Fresh Revive 3 in 1 Medium Tones {Recenzja}

Suchy szampon dla szatynek | Nivea Fresh Revive 3 in 1 Medium Tones {Recenzja}

Suchy szampon dla szatynek nivea fresh revive
Zawsze wydawało mi się, że suchy szampon to jeden z tych licznych wynalazków, które raczej nie znajdą zastosowania w moim życiu. Jednak wiadomo, te często jest weryfikowane. A tym razem zweryfikowała je przesyłka z klubu Przyjaciółek Nivea.

Have a great hair day!

Na szczęście moje włosy bardzo szybko się nie przetłuszczają. Nie sprawia mi więc problemu ich pielęgnacja. Jednak czasem miewają one gorsze dni. I o ile nie zdarza im się puszyć, to bywają oklapłe. Wygląd przemoczonego psa najczęściej dotyka mnie w dni, kiedy jednak chciałabym wyglądać dobrze. Ponowne mycie, suszenie i ewentualne układanie bywa czasochłonne, a kiedy do wyjścia pozostaje kilka minut, to jedynym wyjściem zostaje kok lub kitka. Tak było przynajmniej do tej pory.

Od miesiąca mam możliwość ratowania sytuacji za pomocą suchego szamponu. Jak do tej pory przetłuszczone włosy z powodzeniem uratował kilkukrotnie. U mnie idealnie suchy szampon sprawdza się także jako preparat nadający objętości. Wiem, że mogłabym do tego używać lakieru do włosów, ale według mnie lakier wygląda słabo, a w takie ukropy, jakie obecnie panują, nie znoszę go stosować.

Suchy szampon od Nivea ma delikatny pudrowy zapach, którego intensywność jest idealnie dostosowana, nawet teraz podczas letnich upałów zapach nie jest drażniący.

Preparat nadaje włosom objętości i podnosi je u nasady głowy. Dzięki czemu włosy wyglądają na odświeżone. Dobrze radzi sobie nawet z bardzo oklapniętymi włosami. Oczywiście, nie oczekujmy po nim ekstra objętości. Suchy szampon nadaje włosom naturalnego, zdrowego wyglądu.

Jednym z głównych powodów, dlaczego nigdy nie sięgnęłam po taki produkt w sklepie, była obawa o to, że po aplikacji szamponu na głowie pojawią się białe plamy. A tych nie da się zakryć. Czegoś takiego nie uświadczymy w suchym szamponie od Nivea. Choć instrukcja mówi o tym, by rozpylać szampon z odległości 30 cm, to zdarzało mi się go trzymać bliżej głowy, żeby po prostu trafić tam gdzie chciałam. Ani razu nie zrobiłam sobie plamy na głowie. A nalot, który oczywiście powstaje w czasie używania każdego suchego szamponu, bardzo prosto można usunąć za pomocą szczotki lub grzebienia. Intensywne wyczesywanie nie wpływa natomiast negatywnie na objętość.

Jak już pisałam, moje włosy nie przetłuszczają się bardzo szybko. Jednak zdarzyło mi się stosować suchy szampon w awaryjnej sytuacji. I mogę potwierdzić, że sprawdza się on bardzo dobrze. Włosy po aplikacji i odpowiednim wyszczotkowaniu wyglądają "wyjściowo". Sebum zostaje zebrane przez skrobię ryżową, która znajduje się w składzie produktu. Zaobserwować można, że szampon delikatnie, ale równomiernie rozjaśnia włosy.

Suchy szampon do włosów nivea fresh revive
Nivea wprowadziła na rynek trzy suche szampony Nivea Fresh Revive, które kolejno zostały stworzone dla blondynek (light tones), szatynek (medium tones) i brunetek (dark tones). Wybór odpowiedniego wariantu gwarantuje nam, że na włosach nie pozostaną żadne widoczne drobiny.

Czy jestem zadowolona z efektów? Bardzo. Tak jak pisałam, jeszcze miesiąc temu suchy szampon był ciekawostką, którą kiedyś na pewno bym sprawdziła. Jednak przed nim, na mojej "happy list" znajdowało się mnóstwo innych rzeczy. Cieszę się jednak, że miałam możliwość wypróbowania go w swoich życiu. Cieszę się też, że tak dobrze suchy szampon się u mnie sprawdził. Myślę, że zostaniemy całkiem dobrymi przyjaciółmi.

Wiecie już, że uwielbiam weryfikować obietnice producenta, a tym razem brzmią one tak:
Ciesz się w pełni każdym dniem dzięki nowemu suchemu szamponowi dla szatynek NIVEA® FRESH REVIVE! Ekspresowo odśwież swoje brązowe włosy i zachowaj ich naturalny kolor dzięki innowacyjnej formule 3w1 zapewniającej:
1. całodniową świeżość z przyjemnym zapachem
2. pełną objętość
3. delikatne oczyszczanie bez podrażniania skóry głowy.
  • Ekspresowo odświeża brązowe włosy
  • Zachowuje naturalny kolor włosów dzięki innowacyjnej formule 3w1
  • Odświeża na cały dzień i otula włosy przyjemnym zapachem
  • Zapewnia pełnię objętości
  • Delikatne oczyszcza bez podrażniania skóry głowy
Więc po kolei :) Zdecydowanie potwierdzam pierwszy punkt. Włosy cały dzień, a nawet dłużej wyglądają na świeże i mają przyjemny pudrowy zapach. Suchy szampon zdecydowanie nadaje objętości włosom w naturalny sposób. Włosy i skóra głowy są dokładnie oczyszczone z sebum. Nie zaobserwowałam żadnych nieprzyjemnych konsekwencji; żadnego swędzenia skóry głowy, wypadania włosów czy pieczenia. Jedyny punkt, z którym nie mogę się zgodzić, dotyczy koloru włosów. Moje po aplikacji szamponu stawały się delikatnie jaśniejsze. Nie uważam tego za coś negatywnego, raczej za pozytywną odmianę. Oczywiście cała moja opinia to zbiór subiektywnych odczuć. Dotyczą one tylko jednego wariantu suchego szamponu; Nivea Fresh Revive 3 in 1 Medium Tones stworzonego dla szatynek. 
L'Oreal Paris Volume Million Lashes | {Rezenzja} | Czarna maskara zwiększająca objętość; 3x grubsze i rozdzielone rzęsy dzięki Millionizer

L'Oreal Paris Volume Million Lashes | {Rezenzja} | Czarna maskara zwiększająca objętość; 3x grubsze i rozdzielone rzęsy dzięki Millionizer

recenzja tuszu do rzes loreal volume million lashes
Dziś przyszła pora na kolejny wpis o tuszach do rzęs. I dziś dla odmiany, będzie o moim ostatnim wielkim zaskoczeniu, który notabene na pewno długo będzie gościł w mojej kosmetyczce. Mowa będzie o maskarze L'Oreal Paris Volume Milion Lashes.


Millionizer- spojrzenie #wartemilionów

Zazwyczaj chłodnym okiem podchodzę do tego rodzaju obietnic. Staram się podchodzić z dystansem do zapewnień producenta oraz chłodnym okiem oceniać ile w nich prawdy, a ile dobrego PR. Tym razem było podobnie, fantastyczny opis, a do tego mnóstwo pozytywnych opinii użytkowników. Pomyślałam, że chyba coś w tym jest... i nabyłam prawie najdroższą mascarę do rzęs w życiu. Czy żałuję? O tym niżej... Zapraszam :)

"Choć ona, czarna jak noc, To ty kochasz ją."

Jeszcze nigdy nie używałam kolorowej maskary, zawsze wybieram te czarne, choć jak wiemy, te nie wszystkie są zawsze kruczoczarne. Tusz do rzęs od L'Oreal ma odcień prawdziwej, głębokiej czerni. Kolor jest piękny i cudownie nasycony. Myślę, że tym kolorem zachwyci się każdy.
volume million lashes opakowanie
Na trwałość mascary nie można narzekać. Choć nie jest ona wodoodporna, to nie odpływa przy pierwszych kroplach wody. Do demakijażu jednak wystarczy delikatny środek myjący, a wszystko zejdzie bez pocierania. Produkt na rzęsach zachowuje się wzorowo, nic nam się nie skleja, a tusz się nie kruszy. Nawet po kilkunastu godzinach od aplikacji nadal jest na rzęsach i nadal wygląda obłędnie. Zresztą kto śledzi insta-story, ten wie :) Przy okazji serdecznie zapraszam >klik<.
volume million lashes czarny tusz
Silikonowa szczoteczka z bardzo krótkim, ale sprężystym włosiem dociera do każdej, nawet najmniejszej rzęsy. Z jej działania zadowolone będą na pewno osoby z małymi i średnimi oczętami. Zakładam, że na pełnych objętości rzęsach i dużym oku aplikacja też będzie komfortowa, ale potrwa odrobinę dłużej. Szczoteczka według mnie jest genialna. Nabiera idealną (!) ilość produktu, przy czym bardzo równomiernie rozprowadza go na rzęsach. Dzięki temu otrzymujemy naturalny efekt. Szczoteczka pięknie rozdziela rzęsy, do tego je wydłuża oraz pogrubia. Jestem przekonana, że także je podkręca, choć nie znalazłam na to oficjalnego potwierdzenia.

Czarna mascara volume million lashes na rzęsach

Uniwersalny i naturalny, idealny na co dzień.

Według L'Oreal taki look możemy osiągnąć tą klasyczną mascarą. Zgadzam się z tym całkowicie, ale też dodam, że mascara świetnie sprawdza się przy bardziej ekstrawaganckim makijażu. Rzęsy po zastosowania tego tuszu robią ogromne wrażenie.

W poprzedniej recenzji tuszu do rzęs, a mianowicie tej dotyczącej Rimmel Scandaleyes Reloaded ubolewałam nad konsystencją. W przypadku Volume Million Lashes sprawa ma się zupełnie inaczej. Już w czasie pierwszego użycia zauważyłam, że konsystencja jest perfekcyjna. Co to znaczy perfekcyjna; konsystencja była na tyle gęsta, że tusz nałożony na rzęsy nie sklejał ich ani nie odbijał się na powiekach. Konsystencja nie była też gęsta i nie powstawały przez to żadne grudki. Ot, tak idealnie. Jako że ten tusz stał się moim numerem jeden, to nie będę ukrywać, że stosuję go bardzo często. Jak do tej pory, a będzie to już trzeci miesiąc, nie zauważyłam, by tusz zaczął wysychać. Konsystencja nadal jest taka, jaka być powinna. Tusz po otwarciu powinniśmy zużyć w ciągu 6 miesięcy. Bardzo ciekawi mnie czy zdążę go zdenkować w tym terminie, a także czy nadal będzie miał wszystkie swoje cechy.
wygląd szczoteczki volume million lashes
Przyznać trzeba, że opakowanie produktu po prostu zachwyca. Jest proste, eleganckie oraz przyciągające wzrok. Opakowanie to po prostu przykład pięknego minimalizmu. To taki produkt, który z przyjemnością wyjmuje się z torebki w towarzystwie.

New Brush + Anti- Clump Wiper

Zapomniałabym wspomnieć o budowie opakowania mascary! Anti- Clump Wiper, to najprościej mówiąc, zbieraczki służące do przechwytywania nadmiaru produktu ze szczoteczki. Za każdym razem, kiedy wyciągamy szczoteczkę z opakowania, ta jest idealnie pokryta produktem, ale tego produktu nie jest za dużo, jak to często bywa. Nie musimy nic wycierać o opakowanie. Na zdjęciu w akapicie wyżej widzicie szczoteczkę, na której znajduje się produkt bezpośrednio po wyjęciu z opakowania. Jest go w sam raz na jedno oko ;) Jak widać, jest też ładnie rozłożony.
Loreal volume million lashes efekty

Podsumowanie!

A teraz czas na podsumowanie. Cena detaliczna Volume Million Lashes to jakieś 50 zł za 10,5 ml. No, nie będę ukrywać, że jest to całkiem sporo. Jestem osobą, która lubi otaczać się produktami wysokiej jakości oraz takimi, które się u mnie sprawdzają. Jestem też kobietą, a więc lubię wyprzedaże, a także lubię też od czasu do czasu kupić coś taniego i dobrego. Jednak kiedy jakiś produkt wydaje się dla mnie stworzony, to cena schodzi na drugi plan. I tutaj jest podobnie; uważam, że cena jest adekwatna do wartości tego produktu. Po tym produkcie spodziewałam się naprawdę dużo i tak szczerze mówiąc, to spełniły się wszystkie moje oczekiwania. Volume Million Lashes to tusz o idealnej konsystencji z fantastyczną szczoteczką, która dociera on do każdej rzęsy. Do tego tusz pięknie rzęsy rozdziela, pogrubia, a także podkręca. Kolor tuszu to prawdziwa czerń. A wszystko zamknięte jest w luksusowym opakowaniu z wbudowaną technologią, która dba o to, byśmy nabrali odpowiednią ilość produktu. Volume Million Lashes od L'Oreal to taki Mercedes wśród czarnych mascar.
Pogrubiający tusz do rzęs | Rimmel scandaleyes reloaded extreme black

Pogrubiający tusz do rzęs | Rimmel scandaleyes reloaded extreme black

Od początku roku przez moją kosmetyczkę przewinęło się kilka tuszy do rzęs. Nie mam pojęcia, dlaczego o żadnym nie napisałam recenzji. Jednak nic straconego, bo właśnie to nadrabiam, także spodziewajcie się ich kilku. Rimmel, Bourjois, L'Oreal czy Essence? Będzie też o moim typie, ostatnim mega zaskoczeniu oraz o kompletnej klapie.

Ogólnie nie lubię zaczynać postów od stwierdzeń typu: "to kompletne nieporozumienie", niestety jednak tym razem muszę. Jednak chcę, byście mieli świadomość, iż ta recenzja to moja subiektywna opinia, więc dany kosmetyk może Wam się sprawdzić, a jego parametry mogą być dla Was w sam raz. W teorii Rimmel Scandaleyes Reloaded extreme black to czarna, pogrubiająca maskara, która ma za zadanie przykuwać wzrok innych osób do naszych oczu. No, nie powiem. Po części się jej to udało, ale po kolei.

Tusz do rzęs zamknięty jest w czarnym- nijakim opakowaniu o dużych gabarytach. Producent upchał w nim aż 12 ml produktu, co za średnią cenę 12 złotych daje całkiem fajny wynik. Opakowanie jak opakowanie- plastikowe, łatwo drapiące się, ogólnie na wystawę bym go nie zabrała. W torebce natomiast idzie go znaleźć. 
Szczoteczka, czyli coś, co kategorycznie skreśliło ten produkt, jest ogromna. Niestety w połączeniu z moimi małymi lub średnimi oczami pozwoliło uzyskać efekt pandy praktycznie bez wysiłku. Męczyłam się z tą szczotą kilkanaście razy i niestety, ale jak tylko wypuszczę tę recenzję, to maskara będzie szukała nowej właścicielki. Szczoteczka jest tak duża, że ciężko jest nią manewrować. Pomalowanie zewnętrznych kącików oka graniczy praktycznie z cudem. Niestety budowa samej szczoteczki według mnie określa ten produkt jako produkt do bardzo długich rzęs i dużych oczu. Włoski na szczoteczce są długie, a co za tym idzie, nabierają bardzo dużo produktu, którego fizycznie nie jesteśmy w stanie "upchać" na rzęsach. 

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze konsystencja, która jest bardzo rzadka. Początkowo myślałam, że mascara trochę zgęstnieje, jeśli otworzę ją kilka razy i napowietrzę. Niestety nic z tego nie wyszło, mascara po miesiącu nadal jest rzadka, choć często ją wietrzyłam. Udało mi się ją zagęścić i teraz mogę uznać, że da się z nią pracować. Niejako jest to także plus produktu, bo to oznacza po prostu, że żywotność mascary będzie przedłużona. Według producenta powinniśmy zużyć ten produkt w 12 miesięcy po otwarciu, jestem przekonana, że do tamtej pory maskara po prostu nam nie wyschnie.
Extreme black to po prostu piękny, bardzo intensywny odcień czerni. Nie jest to szarość ani marna imitacja koloru. Kupując tę mascarę, otrzymujemy przepiękny kolor.

Ma to być produkt pogrubiający, ale taki efekt według mnie pokazuje się gdzieś przy 3-ciej warstwie. Choć nie zależało mi na pogrubieniu, to jednak cieszyłabym się, gdyby producent dotrzymał swojej obietnicy. Zazwyczaj wybieram naturalny "look" dla swoich rzęs, więc przebolałabym ten mankament, gdyby nie...
... to, że nie jest ona wodoodporna. I tak wiem, że nikt nie pisał, że jest, ale nie pamiętam już, kiedy miałam mascarę do rzęs, która odpływała przy pierwszych łzach, a o to nie było trudno, wpychając sobie tę szczotę do oczu.. Nie mniej jednak, według producenta jest to pożądany efekt, ponieważ mascarę daje się przez to bardzo łatwo usuwać. Można przy tym stosować bardzo delikatne środki do demakijażu, które nie podrażniają oczu.

Jeśli chodzi o mnie, to niestety przyjaźni nie będzie. Kolor i cena nie wynagrodzą mi tego, że nie jestem w stanie nałożyć preparatu na rzęsy. Być może jeśli konsystencja byłaby gęstsza... Teraz moje próby kończą się tym, że rzęsy odbijają mi się na policzkach, jak tylko zamknę oko. Produkt bardzo długo wysycha na rzęsach, więc nie ma mowy o niemruganiu.
Żarcie z paczki #1 | Pizza farmerska na cieście z proszku | Miltinis mišinys picai - Kauno Grūdai

Żarcie z paczki #1 | Pizza farmerska na cieście z proszku | Miltinis mišinys picai - Kauno Grūdai

Wiem, że na długo Was opuściłem. Wychodzę jednak z założenia, że lepiej nie odzywać się wcale niż na siłę. Wenę jakąś tam miałem, ale tematu mi brakowało. Kiedyś Kamila chwaliła się, że potrafię wyszukiwać ciekawostki w sklepach, a dziś przychodzę z postem potwierdzającym jej słowa. To co tu przeczytacie, nie do końca będzie przepisem, nazwałbym to raczej recenzją lub po prostu spostrzeżeniami na temat produktu. Ewentualnie też ciekawostką ze wschodniej granicy.
Miltinis mišinys picai to po prostu mieszanka mączna służąca do wyrobienia spodu pod pizze. Kauno Grūdai to młyn znajdujący się w Kownie. Wydaje mi się, że mieszanka została kupiona w Norfie, czyli bardzo popularnym tam markecie. Za 470 g opakowanie, które wystarczyło na zrobienie 3 dorodnych krążków zapłaciliśmy 0,89€. Daje to jakieś 3,8 zł.

Samo przygotowanie ciasta było banalnie proste i nie piszę tego dlatego, że robiła to Kamila, a ja tylko obserwowałem. Do proszku wystarczyło dolać olej i ciepłą wodę. Później mieszanie i leżakowanie. Ciasto musiało odleżeć jakieś 30 minut i wcale nie powiększyło swojej objętości. Tutaj standardowo każdy dodaje swoje ulubione dodatki i zapieka. My tym razem postawiliśmy na pizze farmerską, więc na wierzch wrzuciliśmy zamarynowany boczek, cebulkę ze szczypiorkiem oraz kilka rodzai dojrzewającego koziego serka, który trochę się chwaląc robi Camill. I wychodzi on jej naprawdę ekstra.
Przed upieczeniem nasza pizza prezentowała się tak, jak widać zresztą całkiem zacnie. Samo formowanie krążków i nadawanie kształtu było prostsze niż formowanie ciasta typowo drożdżowego. Konsystencja przypominała konsystencję ciasta na kopytka. Wystarczył wałek i odrobina estetyki by krążki były okrągłe. W teorii nasza pizza powinna być pieczona przez 20 minut w 200-220 stopniach. Myślę jednak, że jest to zbyt długi czas. Pierwsze podejście w tych parametrach skutkowało wyciągnięciem z piekarnika dobrze wypieczonego ciasta; takiego prawie chrupkiego. Druga porcja piekła się jakieś 12-15 minut i te ciasto było o wiele smaczniejsze. Delikatne, sprężyste, ładnie trzymało dodatki i nie uginało się od ich nadmiaru.
Te ciemne plamy na pizzy to nie spalony boczek, a mielone grzyby leśne :P Samo ciasto było całkiem dobre, a do tego tanie. Jedno opakowanie to obiad dla dwóch osób. Pomysł mogę ocenić na dobre 8/10. Na pewno produkt sprawdzi się u osób, które lubią takie udogodnienia oraz u osób, które do pizzerii mają kawałek drogi. W naszym przypadku upieczenie takiego dania zajmuje dużo mniej czasu niż oczekiwanie na przywóz. O ile na ten ktoś się zdecyduje "bo nie mają akurat ruchu". Tak, to są uroki życia na wsi. Czy kupimy ponownie? Najprawdopodobniej tak. Trzymanie takiego opakowania w domu nie stwarza najmniejszych problemów, a w każdej chwili można je wyjąć. Poza tym smak i skład były na tyle przyjemne, że nawet osoby nie korzystające zbyt często z gotowych półproduktów nie mają się do czego przyczepić.
IziGSM | Selfie stick; monopod; kijek do selfie; wysięgnik do robienia zdjęć

IziGSM | Selfie stick; monopod; kijek do selfie; wysięgnik do robienia zdjęć

Pół roku, dokładnie tyle zajęło mi napisanie tej recenzji. Myślę, że jest to odpowiedni długi okres czasu aby mieć pewność co do niezawodności działania produktu. Kijek do selfie zna chyba każdy, co prawda nie każdy lubi robić takie zdjęcia i choć sama nie robię ich zbyt wielu, to jednak znalazłam zastosowanie dla tego kijaszka. I tak, macie rację, wykorzystuję wysięgnik żeby robić zdjęcia naszej Zagrodzie! Wiem, że uwielbiacie te zdjęcia, więc postaram się ich tu upchać jak najwięcej.
Dodatkowo taka szybka informacja parafialna; nasza Zagroda Pod Kozim Rogiem posiada swoją stronę na FB oraz konto na IG. Pochwalę się też troszkę, a co! W końcu udało mi się oficjalnie założyć działalność, więc jesteśmy legalnie działającym gospodarstwem. Hip hip, hura!
Kijek wykonany jest poprawnie z całkiem dobrej jakości plastiku. W miejscu gdzie mocujemy nasz telefon uchwyt został dodatkowo wyposażony w silikonową wkładkę, aby nie podrapać naszego smartphona. Telefon po zamocowaniu trzyma się stabilnie i choć początkowo obawiałam się upadku to tak po kilku użyciach stwierdziłam, że moje obawy były bezpodstawne. Na rączkę naszego statywu naciągnięta jest gumowa nakładka co pozwala nam przyjemnie i bez obaw przed wyślizgnięciem się trzymać nasz sprzęt.
W teorii mój wysięgnik miał być kompatybilny z telefonami o szerokości od 5,5 cm do 8,5 cm. Nie do końca jednak tak jest, bowiem przy próbie montażu mojego telefonu (Lenovo Moto G4) okazało się, że górny uchwyt trafia idealnie w przycisk on/off i/lub w przyciski głośności. Udało mi się go trochę przesunąć na bok, tak by nie dociskać przycisków. Początkowo takie ułożenie wydawało mi się bardzo niestabilne, ale na szczęście to tylko moje wrażenia. Wysięgnik pomimo tego, że telefon ciąży na jedną stronę trzyma go poprawnie i prosto. Zdjęcia wychodzą równe o ile sami nie przekrzywimy telefonu. Oczywiście to jak zamocujemy i jak będzie leżał nasz telefon zależy przede wszystkim od posiadanego przez nas modelu. Natomiast to jak będą wychodzić nasze zdjęcia zależą też od tego jak ustawimy ruchomą głowicę.
Długość wysięgnika mieści się w granicach 18-72 cm. Jest to naprawdę sporo i po rozłożeniu naszego ramienia możemy robić zdjęcia z naprawdę dużą panoramą. Coś fajnego dla osób z wielkim gronem przyjaciół lub tych kochających ładne widoki w tle. W rączce naszego kijka zamontowany został przycisk, który wywołuje migawkę aparatu. Ułatwia to oczywiście robienie zdjęć w momencie całkowitego wysunięcia statywu. Aby przycisk działał poprawnie musimy podpiąć nasz telefon za pomocą kabelka jack 3,5 mm do wyjścia słuchawkowego. Ta opcja kompatybilna jest z telefonami z systemem Android 4.2.2 i nowszym oraz iOS 5.0.1 i nowszym. Zanim ktoś pomyśli, że ten nieszczęsny kabelek pląta się nam gdzieś w okół statywu to już dodaję, że producent to przewidział i sprytnie schował go w środku selfie sticka.

Posiadany przeze mnie monopod jest w kolorze czarnym z dodatkiem soczystej zieleni. Zielony jest przycisk wywołujący migawkę oraz dolna zaślepka wysięgnika do której dodatkowo możemy założyć smycz. Widzę, że na stronie sklepu napisano iż ta dolna zaślepka wykonana jest z aluminium. Ale niestety nie jest to prawdą; zaślepka jest po prostu plastikowa.

Nie do końca smuci mnie ta mała rozbieżność, ponieważ kijek był na tyle tani, że nie oczekiwałabym w nim "nadprogramowych" metalowych części. Jednak to, że był tani nie oznacza jednocześnie, że jest słaby. Co to, to nie. Wysięgnik spełnia swoje zadanie, był ze mną kilka razy za granicą i kilkanaście razy na spacerze ze zwierzątkami. Spełnia on wszystkie moje oczekiwania i obietnice producenta. Do tego prezentuje się całkiem dobrze, a złożony zajmuje bardzo mało miejsca w bagażu.
Selfie stick pochodzi ze sklepu IziGSM, a dokładniej z tej aukcji: https://www.izigsm.pl/sklep-produkt-statyw-wysiegnik-selfie-id12312982.html Jego zawrotna cena to 29 zł. Według mnie jest on wart swojej ceny i śmiało mogę polecić jego zakup. Kontakt ze sklepem jest expresowy, a konsultanci odpowiadają bardzo szybko na zadane pytania.

A Wy, lubicie robić selfie? ;)
Nivea soft mix me | Uniwersalne kremy do twarzy, ciała i dłoni | #zmixujswójzapach

Nivea soft mix me | Uniwersalne kremy do twarzy, ciała i dłoni | #zmixujswójzapach

Jeszcze w ubiegłym miesiącu dotarła do mnie zakręcona przesyłka z klubu Przyjaciółek Nivea. Dlaczego zakręcona? Ponieważ otrzymałam przepięknie zapakowane kremy w obrotowym pudełku- którym możemy mixować do woli! Mottem przewodnim paczuszki jak i całej serii kremów jest hashtag #zMIXujSwójZapach i przyznać muszę, że trafiono w dziesiątkę.

Nivea Soft Mix Me I am the Chilled Oasis

Zabijcie mnie, ale nie mam zielonego pojęcia czym ten krem pachnie. Z tyłu głowy mam tylko myśl, że ja ten zapach skądś już znam i wydaje mi się, że kojarzę go z kosmetyków Oriflame. Nie jestem tego pewna i nie jestem też w stanie tego potwierdzić, bo nie pamiętam nawet z jakiego kosmetyku, więc odpuszczam. Według producenta jest to orzeźwiający zapach z zielonymi nutami. Patrzę tak na listę składników i dostrzegam olej z pestek jojoba, alkohol posiadający zapach konwalii, zapach róży, zapach geranium oraz zapach "skórki cytryny". Widzę teź tu Geraniol, który kojarzy nam się w zasadzie z zapachem świeżości.
Aqua, Glycerin, Paraffinum Liquidum, Myristyl Alcohol, Butylene Glycol, Alcohol Denat., Stearic Acid, Myristyl Myristate, Cera Microcristallina, Glyceryl Stearate, Hydrogenated Coco-Glycerides, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Lanolin Alcohol (Eucerit®), Polyglyceryl-2 Caprate, Dimethicone, Sodium Hydroxide, Carbomer, Phenoxyethanol, Linalool, Geraniol, Limonene, Citronellol, Benzyl Alcohol, Benzyl Salicylate, Parfum
Czy zapach jest ładny? Według mnie jest mdlący. Sam w sobie zastosowany na skórę bez dodatku jego braci to nie jest coś  co chętnie bym używała. W połączeniu z Berry Charming lub Happy Exotic nabiera wyrazu, którego mu brakuje. Jednym słowem; stał się u mnie idealną bazą pod pozostałe kremy delikatnie zmniejszając ich intensywność.

Nivea Soft Mix Me I am the Happy Exotic

Jak już tak porównuję zapachy to ten przypomina mi o zawieszkach do samochodu, wiecie tych co niby odświeżają wnętrze pojazdu, a tak naprawdę czuć je dwa dni, pomijając już to, że wiszą rok. Zapach sam w sobie jest bardzo intensywny i duszący. Jeśli połączymy go z Chilled Oasis to nabiera subtelności, przestaje być oczywisty. Myślę, że jest to wersja kremu, która właśnie teraz latem będzie przyjemnie pobudzać nasze zmysły.
Aqua, Glycerin, Paraffinum Liquidum, Myristyl Alcohol, Butylene Glycol, Alcohol Denat., Stearic Acid, Myristyl Myristate, Cera Microcristallina, Glyceryl Stearate, Hydrogenated Coco-Glycerides, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Lanolin Alcohol (Eucerit®), Polyglyceryl-2 Caprate, Dimethicone, Sodium Hydroxide, Carbomer, Phenoxyethanol, Limonene, Coumarin, Citronellol, Parfum
Ponownie zaglądam w skład, aby tak naprawdę dowiedzieć się czym pachnie ten krem nawilżający i ponownie widzę olej z pestek jojoba, składnik odpowiedni za zapach cytryn, zapach róży i geranium. Nowością jest składnik odpowiadający za... zapach siana. Wącham, wącham i siana nie czuję, a myślę, że porównanie jakieś tam mam.

Nivea Soft Mix Me I am the Berry Charming

Ostatecznie jest to ten wariant, który według mnie nie potrzebuje mixowania. Nie mniej jednak nie omieszkałam pominąć tego kroku i stwierdzam, że połączenie wszystkich trzech kremów daje najlepszy efekt. Tak pół żartem, pół serio to powiem Wam, że przy pierwszym powąchaniu tego kremu stwierdziłam, że wącham zaczyn na bimberek, wiecie to taki specyficzny zapach sfermentowanych owoców; czy co nie wiedzą o czym piszę lepiej niech nie pytają ;)
Aqua, Glycerin, Paraffinum Liquidum, Myristyl Alcohol, Butylene Glycol, Alcohol Denat., Stearic Acid, Myristyl Myristate, Cera Microcristallina, Glyceryl Stearate, Hydrogenated Coco-Glycerides, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Lanolin Alcohol (Eucerit®), Polyglyceryl-2 Caprate, Dimethicone, Sodium Hydroxide, Carbomer, Phenoxyethanol, Benzyl Alcohol, Benzyl Salicylate, Linalool, Geraniol, Alpha-Isomethyl Ionone, Citronellol, Limonene, Parfum
I tutaj właśnie zgłupiałam. Byłam przekonana, że w składzie znajdę coś co choć przypominać będzie maliny, truskawki, żurawinę czy inne czerwone owoce. Najbardziej podobna okazała się substancja odpowiadająca za zapach kojarzony z pelargonią.  Kombinowałam, kombinowałam i doszukałam się substancji eterycznej pozyskiwanej z goździków i na tym poprzestałam licząc, że to mój zaczyn.

Nivea Soft Mix Me

O wszystkich przetestowanych przeze mnie kremach nawilżających powiedzieć mogę, że pachną intensywnie. Ich zapachy są bardzo zróżnicowane co pozwala nam wybrać swoją ulubioną wersję. Zabawa jaką zaoferowała nam marka Nivea w miksowanie jest fantastyczna, pozwala ona nam dostosować do naszych potrzeb zapach. Wiadomo, że niemożliwym było wypuszczenie na rynek kilkunastu wariantów zapachowych różniących się nieznacznie intensywnością zapachu. Nivea wypuściła w zasadzie 4 kremy Nivea Soft, co w zupełności wystarcza byśmy sami mogli zabawić się w małych odkrywców. Właśnie wspomniałam o czterech wariantach, a opisałam Wam tylko trzy. Jeden wariant to po prostu krem intensywnie nawilżający Nivea Soft. Osobiście go nie testowałam, ale prześledziłam informację od innych Przyjaciółek Nivea, i dowiedziałam się, że jest on praktycznie bezzapachowy i idealnie sprawdza się jako baza do łączenia zapachów; jednak nie jest on niezbędny.

Wszystkie kremy przyjemnie rozprowadzało się na skórze, według mnie mają idealną konsystencję. Idealną ponieważ krem położony na skórę samoczynnie z niej nie spływa, ale też nie jest "twardy- suchy" i nie stwarza problemów w czasie aplikacji. Kremy Nivea Soft Mix Me są uniwersalne, oznacza to tyle, że stosować możemy je na całe ciało łącznie z twarzą. 

Choć mają to być kremy intensywnie nawilżające to ja po prostu dałabym im miano nawilżających. Robią to całkiem poprawnie choć wydaje mi się, że mogłyby lepiej. W szczególności dlatego, że są to produkty sygnowane na lato, kiedy to nasza skóra wymaga odpowiedniego i intensywnego nawilżenia. Nie mniej jednak efekt jest zadowalający. Kremy pozostawiają na skórze ledwo wyczuwalną warstwę, więc zrezygnowałam z aplikowania ich na dłonie. Składniki zawarte w produktach na prawdę działają orzeźwiająco i odświeżająco.

Za zestaw 3 kremów uniwersalnych Nivea Soft Mix Me o pojemności 50 ml każdy zapłacić musimy około 17 złotych. Oczywiście możemy wybrać dla siebie jeden wariant i odpuścić sobie zabawę w miksowanie. Kremy dostępne bez zestawu pakowane są w 100 ml pojemniczki przy czym cena detaliczna za jeden to jakieś 13 zł. Myślę, że kremy te warte są swojej ceny i warto dać im szanse właśnie z uwagi na ich niepowtarzalne zapachy.

Biotherm Blue Therapy | Red Algae Uplift Cream - Regenerujący krem przeciwzmarszczkowy

Biotherm Blue Therapy | Red Algae Uplift Cream - Regenerujący krem przeciwzmarszczkowy

O ile pamięć mnie nie myli to jeszcze nigdy nie miałam w swoich rękach produktu od Biotherm. Tak naprawdę nie wiedziałam czego oczekiwać od kremu, którego producent obiecuje praktycznie gwiazdkę z nieba. Pomyślałam więc, że na spokojnie podejdę do tematu i opinią podzielę się z Wami po zdenkowaniu 20 ml produktu. I oto jestem ;)

Krem nie na każdą kieszeń

Myślę, że powinnam zacząć od początku, więc zacznę od ceny. Za krem o pojemności 50 ml zapłacić musimy bagatela 240 zł. Co tu dużo mówić, krem jest cholernie drogi i choć mówi się, że za jakość trzeba płacić to uważam tą cenę za przesadę. Zanim ktoś naskoczy na mnie, że krem jest warty swojej ceny i nie powinnam narzekać. To spieszę z wyjaśnieniami; recenzja ta jest tylko moją subiektywną oceną z którą nie trzeba się zgadzać. Jeśli kogoś "stać" lub po prostu ma chęć ten krem przetestować na własnej skórze to droga wolna. Pamiętajcie: nic na siłę.

Aż chciałoby się go zjeść

Krem Blue Therapy z ekstraktem z czerwonej algi oraz planktonu termalnego pachnie po prostu cudownie, aż chciałoby się go zjeść. I choć zapewne nie powinnam wiedzieć, że ma słodkawy posmak, to jednak to wiem. Krem ma śliczną bladoróżową barwę w świetle natomiast można dostrzec rozświetlające drobinki. Jednak nie mamy co się obawiać efektu brokatowej twarzy, nic z tych rzeczy. Po aplikacji drobinki są ledwo zauważalne na skórze.

Blue Therapy jest bardzo wydajny. W moje ręce wpadło 20 ml produktu, a to wystarczyło na prawie 2 miesiące codziennego stosowania. Oczywiście krem stosowałam jak zalecał producent, więc rano i wieczorem. Konsystencja kremu jest bardzo przyjemna, jest ona delikatna, nie zbyt tłusta; jednym słowem nie za gęsta i nie nazbyt rzadka. Krem szybko i bardzo dobrze wchłania się w skórę pozostawiając ją nawilżoną, wygładzoną oraz odżywioną. Ten efekt czuć od pierwszego zastosowania. Jednak najważniejszym aspektem tego kremu jest działanie przeciwzmarszczkowe i choć sama nie posiadam zmarszczek (jeszcze) zbyt wiele, to po regularnym stosowaniu preparatu odniosłam wrażenie, że te posiadane są mniej widoczne.

Mega! nawilżanie

Zdecydowanie największym plusem Blue Therapy jest nawilżanie. Ten krem robi to świetnie, skóra już po pierwszej aplikacji stała się sprężysta. Po kilku dniach z mojej skóry twarzy zniknęła całkowicie sucha skóra. A uwierzcie, że dałam jej ostro popalić w ostatnich tygodniach. W największym słońcu przez ponad tydzień stawialiśmy ogrodzenie dla naszych zwierzątek. Pierwszego dnia zapomniało nam się o jakimkolwiek kremie przeciwsłonecznym, więc "zmiana skóry" przebiegała bardzo drastycznie. Myślałam, że będę męczyć się z problemem wysuszonej skóry do końca wakacji, a tu proszę, jest ich początek, a ja i moja twarz czujemy się świetnie.

Podsumowując


Biotherm według mnie spełnił wszystkie swoje obietnice, które brzmiały tak:
Red Algae Uplift Cream od Biotherm to widocznie ujędrniający krem przeciwzmarszczkowy opracowany z myślą o skórze, która potrzebuje dodatkowej porcji składników odżywczych. Jego formuła zawiera ekstrakty z Czerwonej Algi i Planktonu Termalnego, a otulająca konsystencja oferuje skórze przyjemne doznania i uczucie świeżości. Aksamitny, różowy krem sprawia, że skóra natychmiastowo zyskuje nawilżenie, a dzień po dniu staje się gładsza, bardziej miękka, wyraźnie ujędrniona i pełna blasku.
Nie mniej jednak, należy pamiętać o cenie jaką musimy za niego zapłacić. Nie zbyt orientuje się w rynku kremów przeciwzmarszczkowych (nadal liczę, że ten problem mnie nie dotyczy) ale wydaje mi się, że być może udałoby nam się odnaleźć coś równie dobrego w lepszej cenie. Oczywiście nie oznacza to, że odradzam Wam zakup. W żadnym razie! Uważam, że krem choć drogi to jest warty swojej ceny. Szkoda tylko, że nie można kupić mniejszych ilości jak na przykład 10 ml, które i tak wystarcza praktycznie na miesiąc!
Le Petit Marseillais | Rozświetlający rytuał | Dezodorant, olejek do mycia oraz mleczko nawilżające | #rozświetlającyrytuał #ambasadorkalpm

Le Petit Marseillais | Rozświetlający rytuał | Dezodorant, olejek do mycia oraz mleczko nawilżające | #rozświetlającyrytuał #ambasadorkalpm

Każda doba ma ponoć tyle samo godzin, jednak mi wydaje się, że ostatnio ktoś podkrada mi kilka godzin z każdego dnia. Nie wiem dlaczego tak się dzieję, ale tak jest, więc nie zawsze udaje mi się zrobić wszystko co sobie zaplanowałam. Niestety niektóre rzeczy musiałam poprzekładać na "potem", co nie było dobrą decyzją. Na później odłożyłam też napisanie tej recenzji i w ten sposób zdaje mi się, że zostałam ostatnią osobą, która to robi. Jest mi z tego powodu przykro, ale jest mi też przykro ponieważ nie mogę już "oficjalnie" oddać mojej opinii marce, ponieważ w profilu nie mam odpowiednich zakładek. Zakładki zniknęły zapewne pozbawiając mnie bezpowrotnie możliwości testowania kolejnych produktów LPM, szkoda. Nie mniej jednak uważam, że na napisanie recenzji i wyrobienie sobie zdania na temat produktu potrzeba więcej czasu. Oczywiście rozumiem te osoby które od razu rzuciły się w wir testowania i po tygodniu wiedziały wszystko, jednak ja tak nie potrafię. Lubię dokładne testowanie, oglądanie produktu z różnych stron, a także sprawdzanie jak ten zachowa się w różnych sytuacjach. Dlatego też dziś przychodzę do Was z mega- dokładną i bardzo spóźnioną recenzją najnowszej rozświetlającej linii produktów Le Petit Marseillais.

Dezodorant pielęgnujący delikatność | Olejek Morelowy & Olejek z Szałwii

Dziś wyjątkowo zacznę od najmniej przypadającego mi do gustu produktu. To nie jest tak, że nie lubię dezodorantów, ja po prostu uważam, że są po prostu słabe. Myślę, że lepiej walczyć z nieprzyjemnym zapachem niż go ukrywać. Jednak zastrzegam, że wypowiadam tylko moją subiektywną opinię, osoby która wykonuje w ciągu doby mnóstwo zadań, mój dzień jest intensywny, więc oczekuję, że po godzinie wykonywania obowiązków po prostu nie będę musiała się kąpać. Z uwagi właśnie na mój intensywny dzień zawsze wybieram antyperspirant, który ogranicza wydzielanie potu, zamiast maskować jego nieprzyjemny zapach. Dezodorant niby ma gwarantować świeżość przez 24 godziny, ale tak naprawdę po 4 godzinach już nawet nie pamiętamy, że go stosowaliśmy. Produkt być może spełni swoje zadanie u osób ze spokojniejszym trybem życia. 
Plusem tego produktu jest zapach, bardzo przyjemny, delikatny i kojący; nie bez powodu odniosłam wrażenie odprężenia, bowiem zapach szałwii stosowany w aromaterapii pozwala się odprężyć oraz pozbyć negatywnych emocji.
W składzie produktu nie odnajdziemy niebezpiecznych soli aluminium (soli glinu) z czego jestem bardzo zadowolona, niestety znajdziemy butan i propan, które to zastępują sole glinu. Ogólnie oba składniki działają drażniąco na skórę, ale czymś trzeba zastąpić sole, więc padło na nie. Między innymi przez składniki odpowiedzialne za wyrzut produktu z opakowania nie lubię dezodorantów. Szybciej freon, później sole glinu, teraz butan, a w przyszłości kolejny składnik nie obojętny dla naszego ciała zostają upchnięte w puszce aby ta dobrze działała. Myślę, że warto całkowicie zrezygnować ze sprayu na rzecz innych sposobów aplikacji. 

Pielęgnujący olejek do mycia | Olejek Morelowy & Olejek z płatkami róż

Ten produkt skradł moje serce już po pierwszej aplikacji. Olejek do mycia ma przecudny, intensywny i pobudzający zapach; najintensywniej czuć olejek morelowy. Produkt bardzo łatwo pieni się na skórze i szybko zmywa. Skóra po myciu jest delikatna, odżywiona ale zupełnie nie rozświetlona. Na opakowaniu producent jasno informuje nas, że jest to produkt dający efekt rozświetlenia, więc spodziewałam się jakiś drobinek w produkcie, które miałyby połyskiwać w słońcu. Niestety lub stety, takiego efektu nie ma. Co prawda nie jestem z tego powodu zasmucona, jednak nie lubię kiedy producenci nie spełniają obietnic. Regularne stosowanie olejku nie wysusza, a wręcz nawilża naszą skórę. Produkt nie pozostawia na niej tłustego filmu. Zapach na skórze utrzymuje się bardzo długo. Jeśli miałabym się do czegoś doczepić w tym produkcie to będzie to właśnie brak obiecanego rozświetlenia, zbyt rzadka konsystencja oraz SLES w składzie, jednak jest to szukanie na siłę. Według mnie olejek do mycia Le Petit Marseillais jest prawie idealny, świetnie myje, nawilża, pięknie pachnie i jest wydajny. Powiem Wam szczerze, że kiedy otworzyłam przesyłkę to byłam przekonana, że ten produkt powędruje dalej w świat. Nie przepadam za kwiatowymi zapachami, a tego się spodziewałam, bo w składzie znajduje się ekstrakt z płatków róży (rosa damascena flower extract). Ja zapachu różanego nie czuję praktycznie wcale. Morelowy owszem i uważam, że jest przepiękny.

Mleczko nawilżające | Olejek Morelowy, Biała Lilia & Masa Perłowa

Jest to pierwszy kosmetyk z rozświetlającej serii "Rozświetlający Rytuał" który faktycznie rozświetlił moją skórę, a wszystko to za sprawą zmielonej masy perłowej, która osadza się na skórze tworząc taflę złocistego połysku - i to jest naprawdę piękne. Na pewno nie każdemu przypadnie do gustu świecenie się na słońcu niczym Edward Cullen z Sagi "Zmierzch". Mi natomiast efekt ten bardzo przypadł do gustu. Jest mi natomiast przykro ponieważ mleczko to, choć ma składzie Olejek Morelowy to wcale nim nie pachnie, za to wyczuć można delikatny zapach lilii. Nie jest to typowy chamski zapach kwiatowy, nie nie, kwiaty czuć ale zapach jest bardzo przyjemny. Nie powinien on przeszkadzać nawet osobom które zapachów kwiatowych nie lubią. Osobiście uważam, że zapach mógłby być bardziej wyczuwalny. Oczywiście jeśli stosuje się mleczko nawilżające i olejek do mycia jednocześnie to ten zarzut staje się bezzasadny. Konsystencja produktu jest odpowiednio gęsta, na tyle że pompka działa znakomicie, a produkt zaaplikowany na skórę samoczynnie z niej nie spływa. Mleczko bardzo szybko wchłania się w skórę nie pozostawiając tłustej warstwy. Po aplikacji na skórę oczywiście zauważyć możemy miliony świecących drobinek, które o dziwo dobrze trzymają się skóry i nie przenoszą się na ubrania przy pierwszym dotknięciu. O sypaniu się już kompletnie nie ma mowy. Testując ten produkt odniosłam wrażenie, że wszystko jest tak jak powinno i tak jak obiecał producent, ale cały czas z tyłu głowy miałam myśl, że czegoś mi tu brakuje. I owszem brakowało mi: efektu nawilżenia. Choć po aplikacji skóra faktycznie stawała się nawilżona to jednak jest to tylko powierzchniowe uczucie, które mija zaraz po zmyciu produktu. O ile Pielęgnujący olejek do mycia faktycznie dogłębnie nawilżał skórę to tutaj efekt był marny i oczekiwałabym czegoś więcej.

Rozświetlający rytuał

Po kilkukrotnym przeprowadzeniu rozświetlającego rytuału jestem przekonana, że wpłynął on pozytywnie na moje samopoczucie, a wszystko to za sprawą pięknych zapachów. Czytając już teraz na spokojnie przewodnik projektu oraz list, który otrzymałam w paczce ambasadora, mogę w pełni potwierdzić, że stosując te produkty: "pachniałam słońcem i czułam lato na skórze". Dziś czuję je codziennie, słoneczko przygrzewa, a kiedy zachodzi przypominam sobie o nim podczas wieczornej pielęgnacji.
Czy polecam Wam zapoznanie się z rozświetlającą linią produktów? I tak, i nie. Z czystym sumieniem polecić Wam mogę pielęgnujący olejek do mycia oraz mleczko nawilżające. Natomiast dezodorantu nie polecam i nie dlatego, że nie pachniał- bo pachniał. Nie dlatego, że nie działał- bo działał. Tylko dlatego, że uważam iż stosowanie dezodorantów jest szkodliwe. Nie mniej jednak jeśli masz odmiennie zdanie i uważasz dezodoranty za coś fajnego, to myślę, że dezodorant od Le Petit Marseillais może być czymś co pokochasz. 
Podpaski Always Infinity | Krótka recenzja i moje spostrzeżenia

Podpaski Always Infinity | Krótka recenzja i moje spostrzeżenia

Jakiś czas temu, a mianowicie >tutaj< pisałam Wam o tym, że jestem miłośnikiem tamponów i nie wyobrażam sobie powrotu do stosowania podpasek. Od tej pory minęło pół roku, a ja całkiem przypadkiem dowiedziałam się, że marka Always wprowadziła na rynek podpaski, które miały odmienić życie kobiet. Bowiem podpaski Always Infinity producent  sygnuje sloganem:
Nie czujesz że ją masz, wiesz że Cię chroni.
Tak bardzo slogan ten uchwycił się mojej bielizny, że nie mogłam odpuścić sobie zgłoszenia do projektu, dzięki któremu nieodpłatnie mogłam przetestować na sobie ten artykuł higieniczny, a że dostałam też dwa opakowania podpasek do rozdania, to te także poszły w świat kobiet. Jako, że mogę pisać tylko o swojej opinii, bo dzięki RODO nie mogę udostępniać danych osobowych reszty testerek. A obawiam się czy pisanie o ich menstruacji nie będzie łamaniem prawa, to ten wpis  będzie raczej krótki i niezbyt pochlebny. Ba! Dawno nie miałam takiego bubla w rękach, ostatnim razem byłam tak zła po wypakowaniu pralki i testach Bubble Bra, jeśli jesteście ciekawi, to zapraszam tu >klik<.

Cena, cena i jeszcze raz cena

Zacznijmy od początku, czyli od zakupów. No tak, mój produkt był gratis, ale nie omieszkałam sprawdzić ceny w sklepach i o mało nie dostałam zeza... 19,99 zł za 12 sztuk w Rossmann zrobiło na mnie wrażenie. Zaczęłam się zastanawiać, jeszcze przed okresem, czy te podpaski sprawią, że w jego czasie odlecę, w końcu mają skrzydełka, więc kto wie. No dobra, bez ironii; cena według mnie jest zaporowa i nawet jeśli te by się u mnie sprawdziły to na prawdę dwa razy zastanowiłabym się przed ich zakupem. Po sprawdzeniu ceny i szybkim ich "obmacaniu" nie pozostało mi nic innego jak czekać na kobiece dni.

Jak pies z kotem

Nie powiedziałabym, że pierwsze podejście było udane. Nie powiedziałabym, że podpaski są wygodne i łatwo się do nas dopasowują. Nie powiedziałabym, że nie przeciekają- choć jedynym moim zajęciem pierwszego dnia było siedzenie przed kompem. Nie powiedziałabym, że nie odparzą tyłka. No i nie powiem żebym chciała je nosić przez kilka następnych dni. O ile założenie i pierwsze wrażenie po "obmacaniu" było całkiem pozytywne. To przy pierwszych krokach postawionych za próg łazienki odniosłam wrażenie, że noszę ogromną pieluchę. Podpaska nie chciała dopasować się do mojego kształtu;odniosłam wrażenie, że na siłę chce ona pozostać płaska. Po kilku rundkach po domu dałam za wygraną i usiadłam, wtedy stał się cud, bo podpaska się "wygięła" i dopasowała do ciała. Było to całkiem miłe wrażenie i wtedy mogłabym nawet powiedzieć "hej! jej prawie wcale nie czuć". Ale wtedy zachciało mi się herbaty i poleciałam du kuchni. Podpaska ponownie zrobiła mi psikusa i tym razem nie planowała zmienić kształtu ani położenia na bardziej dla mnie komfortowe. Nie odkształciła się powodując dyskomfort w noszeniu. Chodzenie i przeciąganie gumki od majtek nic nie dało, więc ponownie usiadłam licząc, że choć wtedy będzie wygodnie. I tak też było. Do zmiany podpaski praktycznie cały czas siedziałam, żeby przypadkiem nie obetrzeć sobie tyłka. A jak na złość talk do pupy mi się skończył.

Sitko, durszlak i cedzidło

I tak siedząc pierwszego dnia okresu i myśląc o tym na kogo i za co by tu nakrzyczeć przypomniałam sobie o zmianie podpaski. Przed jej zmianą jeszcze myślałam czy warto na kogoś nawrzeszczeć, ale jak zobaczyłam plamy na bieliźnie to byłam pewna, że dziś na pewno rodzinka (sąsiedzi może też) będą mnie omijać. Choć nie spodziewałam się "przecieków", to te postanowiły uprzyjemnić mi dzień zmuszając do wstawienia prania. Skrzydełka zawiodły, choć wyglądały na olbrzymie. Powiem Wam, w sekrecie, bo przecież o kobiecych sprawach zawsze mówi się w sekrecie, prawda? Że bardziej obawiałam się przecieku przez inteligentne mikro kanaliki niż "bokami". Jak patrzy się tak na tą podpaskę to odnosi się wrażenie, że to po prostu durszlak, ale wrażenia zostawmy na później. Jeśli o mikro kanalikach mowa to zostały one stworzone po to by lepiej odprowadzać płyn. Zakładam, że "przeciek" podpaski mógł być spowodowany właśnie zbyt wolnym jego odprowadzaniem. I tutaj ponownie sekrecik, mój okres pierwszego dnia jest bardzo obfity, więc może po prostu nie dały one rady. Postanowiłam nie skreślać tego produktu po jednej sztuce, więc testowałam go jeszcze kilka dni.

Inteligentna pianka SmartFoam

Odnoszę wrażenie, że to jedyna rzecz która się tu udała. Bowiem pianka SmartFoam, która została zastosowała w podpaskach Always Infinity rozkłada po całej swojej masie ciecz w równej ilości. Oznacza to po krotce tyle, że podpaska nie staje się morka i wybrzuszona w jakiejś swojej części, a przez to nie staje się niewygodna. sic! nigdzie nie napisałam, że noszenie podpaski jest komfortowe, ale akurat ta cecha jest ciekawa. Na plus jest także fakt, że przy siadaniu nie czujemy nieprzyjemnego uczucia wilgoci, ponieważ pianka ją w sobie odpowiednio zatrzymuje. Jednak przez to także, podpaski są drażniące dla części intymnych, są one trochę jak wykrochmalone majtki.

Jedno opakowanie, 12 sztuk podpasek Always Infinity później

I choć bardzo chciałabym napisać coś pozytywnego, to niestety, ale ten projekt okazał się być katorgą. Może inaczej, nie cały projekt, a część, w której testowałam na sobie produkt. O ile zwykle część testowania i rozdawania próbek bardzo mnie cieszy, to teraz cieszyło mnie tylko rozdawanie. Żeby ten test okazał się być rzetelnym to wyszukałam karton w łazienkowej szafce, w którym to przechowuję podpaski na wyjazdy itp. Znalazłam w nim inne marki oraz warianty jak np.: Always Ultra Day czy Sensitive i tamte okazały się być dla mnie wygodniejsze i niejako bezpieczniejsze. Powiem Wam, że już po dwóch dniach stosowania Always Infinity obawiałam się obtarć jak u noworodka. poza podrażnieniem, które na szczęście przeszło po nocy spędzonej z tamponem nic złego się nie działo, ale kamień spadł mi z serca kiedy wyrzuciłam puste opakowanie. Ostatecznie stwierdzam, że był to pierwszy i ostatni raz kiedy miałam do czynienia z Always Infinity i o ile z innymi produktami Always nawet się lubimy, a czasem nawet wyjeżdżamy wspólnie za granicę to te mogłyby zostać wycofane z rynku. 

Tabelka pochodzi ze drogerii internetowej www.rossmann.pl i prezentuje porównanie produktów Always
----------------

  • Podpaski Always Infinity są niewygodne, sztywne, a co za tym idzie nie dopasowują się do kształtu ciała przy jego ruchu
  • Podpaski nie zapewniają 100% ochrony przed przeciekaniem
  • Podpaski są po prostu drogie; 19,99 zł za 12 sztuk
  • Podpaski size 1 normal mają małą chłonność, więc nie sprawdzą się przy obfitym krwawieniu
  • Size 1 normal to według mnie rozmiar podpasek na noc, wydają się one ogromne

++++++++++

  • Podpaski są cienkie; mają zaledwie 2,6 mm (inne produkty Always mają 3mm)
  • Podpaski nie przepuszczają wilgoci na zewnątrz
  • Podpaski są ładnie zapakowane w pojedyncze woreczki
  • Kartonowe opakowanie jest bardziej eco niż foliowe opakowania zbiorcze
  • Mocny klej gwarantuje nam, że podpaska nie przesunie się nawet jeśli będziemy fikać koziołki

Widzicie! Udało mi się odnaleźć jakieś plusy!

Spostrzeżenia, wrażenia i inne dyrdymały

Powiem Wam szczerze, że trochę się zawiodłam. Slogan reklamowy mnie przechytrzył i jest mi z tego powodu głupio. Pocieszam się tylko tym, że miałam okazję przetestować coś nowego, bo jak wiecie; uwielbiam to. Głupia ja, kto nie lubiący testowania założyłby o tym bloga? Howewer (jakkolwiek)...to brzmi to się zawiodłam na producencie. Do tej pory podpaski Always nie straszyły ceną, a do tego choć "zawierały nową" technologię, to ta była chociaż sprawdzona i działająca. W Always Infinity najlepszy okazał się być klej. Technologi produkcji kleju mogłyby się tu uczyć Poxipol. Jednak mocny klej nie rekompensuje reszty istotnych wad. Natomiast jeśli chodzi o ogólny powrót do stosowania podpasek to powiem Wam, że myślałam iż będzie gorzej. Co prawda dni testowania były ultra gorące, ale dałam radę prawie cały okres przelatać w podpaskach. Nie powiem, żebym do nich wróciła na stałe, ale nie widzę problemu by przeżyć ten czas w ich towarzystwie (o ile będą to np.: Always Sensitive, czy inne marki jak Bella i/lub Naturella), o ile nie będę musiała robić kilku kilometrów dziennie i nadmiernie się wysilać. Jeśli okres mam spędzić w biegu to na pewno tylko w towarzystwie tamponów. Pisząc krótko, bo tak początkowo miało być [przepraszam], podpasce Always Infinity mówię stanowcze NIE. 

Tym razem musicie wybaczyć mi ironiczne podejście do tematu i nie delikatny język o ile taki pojawił się w tekście, ale pierwszy raz nie potrafiłam napisać rzetelnej recenzji na temat testowanego produktu na trzeźwo. Wiecie, nie mogłam jej nie napisać, bo się do tego zobowiązałam... Ah! Boże broń przed takimi produktami, bo zostanę alkoholikiem.

Czy balsam aktywujący opaleniznę Nivea sun protect & bronze pomoże bladziochowi się opalić?

Czy balsam aktywujący opaleniznę Nivea sun protect & bronze pomoże bladziochowi się opalić?

Z natury jestem blada; zimą biało-blada, latem natomiast blado-czerwona. Taki już mój urok, który w pełni akceptuję. Co prawda nieraz przy próbie zakupu podkładu lub pudru przysłowiowy "szlak" mnie trafia, ale psychicznie daję radę. Nie raz w życiu próbowałam się opalać; twardo leżeć na słońcu, czy godzinami pływać w wodzie, bo przez tą, ponoć, szybciej "łapie". Moje kąpiele słoneczne zawsze kończą się fiaskiem. Albo nie widać żadnej różnicy, albo przypominam pomidorka :D Podsumowując to na szybko, to z listy moich marzeń wykreśliłam opaleniznę.

Miesiąc temu otrzymałam z klubu #PrzyjaciółkiNivea paczkę niespodziankę, w której to znalazłam balsam aktywujący opaleniznę Nivea Sun protect & bronze, który być może przywróci opaleniznę na listę moich marzeń. W ciągu minionego miesiąca słoneczko prażyło całkiem fajnie, więc testować mogłam do woli. Słońce i dziś praży niemiłosiernie, termometr w cieniu pokazuje 27 stopni, a ja piszę do Was z kocyka rozłożonego między kozuchami. Wydaje mi się, że będę musiała szybko kończyć bo kozunie za bardzo zbliżają się do niezapominajek sąsiadki :P
Przyznaję się, że nazwa produktu mnie kupiła. Balsam aktywujący opaleniznę, czy to nie brzmi ekstra? Za to działanie odpowiadać ma ekstrakt roślinny z lukrecji, którą swoją drogą uwielbiam. Nie tylko za smak, ale także za zdrowotne działanie.

Dla tych bardziej dociekliwych to cały skład produktu prezentuje się tak:
Aqua, Homosalate, Octocrylene, Alcohol Denat., Butyl Methoxydibenzoylmethane, Ethylhexyl Salicylate, Caprylic/Capric Triglyceride, Ethylhexyl Cocoate, Octyldodecanol, Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Glyceryl Stearate, Hydrogenated Coco-Glycerides, Phenylbenzimidazole Sulfonic Acid, Glycyrrhetinic Acid, Tetrasodium Iminodisuccinate, Cellulose Gum, Tocopheryl Acetate, Glycerin, Tapioca Starch, Sodium Stearoyl Glutamate, Cetearyl Alcohol, Xanthan Gum, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Dimethicone, Silica Dimethyl Silylate, Trisodium EDTA, Sodium Chloride, Sodium Hydroxide, Phenoxyethanol, Methylparaben, Linalool, Limonene, Butylphenyl Methylpropional, Benzyl Alcohol, Alpha-Isomethyl Ionone, Citronellol, Eugenol, Coumarin, Geraniol, Parfum

Według producenta, specyfik ten ma zapewnić nam ochronę na słońcu dzięki filtrom SPF 30, UVA oraz UVB. Dodatkowo ma on przyspieszać sam proces opalania. Oraz regulować jego przebieg w taki sposóļ by nasza opalenizna była równomierna. To właśnie tutaj czynny udział brać ma ekstrakt z lukrecji.

Bladzioch po kilku kąpielach słonecznych z Nivea sun protect & bronze przestał być kompletnym bladziochem

Choć w teorii powinnam używać kremów z filtrem SPF 50 to tym razem zaryzykowałam używanie otrzymanego balsamu z filtrem SPF 30. I powiem Wam, że się nie spiekłam :D Kto zagląda na naszego Instagrama, ten wie, że każde popołudnie spędzam ze zwierzakami na spacerze. Średnio zajmuje mi to 2 godziny. Balsam Nivea w ostatnim miesiącu towarzyszył mi prawie każdego dnia i teraz żałuję, że przed jego stosowaniem nie zrobiłam żadnego zdjęcia do porównania. A nie zrobiłam, bo nie liczyłam, że będzie widać jakąś różnicę. Ale wystarczy, że wyobrazicie sobie białą ścianę, więc tak z grubsza wyglądałam :P Dziś już nie jestem biała, choć moja karnacja nadal jest bardzo jasna. Co ciekawe, z ostatnich spacerów nigdy nie wróciłam spieczona, nigdy nic mnie nie piekło, a tym bardziej nic nie spaliłam.
Jeśli chodzi o opaleniznę to ta faktycznie jest równomierna. Jak na tą chwilę nie dostrzegam żadnych plam ani przebarwień. Prawdę mówiąc to jestem w szoku, bo nie spodziewałam się żadnego efektu, a tym bardziej efektu równomiernie opalonej skóry.

Czy ochrona ubrań przed plamami naprawdę działa?

Odpowiadając krótko? Tak. Na żadnym ubraniu, które ostatnio nosiłam nie zauważyłam żadnych plam, które spowodowane mogłyby zostać przez balsam protect & bronze. Na opakowaniu produktu znajdziemy informację, że intensywność żółtych plam redukowana jest po praniu. Ale ja nie do końca rozumiem ten dopisek, bo nawet przed praniem tych żółtych plam nie widziałam. Owszem, nie pływałam w basenie w czasie aplikowania produktu i zawsze starałam się stosować go tak by ten jeszcze nie wchłonięty nie miał styczności z ubraniami. No i najważniejsze; nie nosiłam śnieżnobiałych ubrań, a raczej kolorowe, więc moje spostrzeżenia mogą po prostu wynikać z ostrożności.
Copyright © 2018 Prze- Testujemy wszystko , Blogger